niedziela, 28 kwietnia 2019

Psychologia tradycjonalizmu

Przed pojawieniem się serii postów na temat książki Normana Dixona Psychology of Military Incompetence (pol. „O psychologii niekompetencji wojskowej”), pisałem o prałacie Basilu Loftusie, który pokazuje, że szacunek do zasad charakteryzuje pedantycznych konformistów ze słabym ego.  Taki wniosek pozwala jemu – a także wielu innym – sądzić, że teologiczny i liturgiczny tradycjonalizm przejawia się pewnego rodzaju „sztywnością” utrudniającą skuteczną działalność duszpasterską.

W ogólny sposób pokazałem już, co jest nie tak z tym argumentem. Jest rzeczą oczywistą, że ludzie ze słabym ego i chorobliwym strachem przed porażką będą unikać ryzyka i szukać aprobaty u swoich kolegów i przełożonych nie wychodząc przed szereg. Tymczasem w realiach posoborowych to nie konserwatyści i tradycjonaliści są obsypywani pochwałami ze strony katolickich czy nie-katolickich instytucji wpisujących się w główny nurt. Uznanie zdobywają natomiast osoby postępujące zgodnie z liberalnymi standardami. Może więc dziwić, że Loftus i jemu podobni tego nie dostrzegli. Jednak, jak zauważyłem, klasyczne ujęcia teorii psychologicznych, z których czerpali – w tym teorie Dixona – często mylą nonkonformistyczną skłonność do podejmowania ryzyka przez osoby z silnym ego i odwagą cywilną z liberalnym naruszaniem tradycyjnych norm oraz z naruszeniem norm przez osoby skoncentrowane jedynie na własnej przyjemności.


Zatem, aby odnieść się do twierdzenia Loftusa, które skądinąd można również usłyszeć z ust papieża Franciszka, należy zadać sobie pytanie: jakiego typu osoby zostają „tradycyjnie usposobionymi” księżmi? Czy są to ludzie ze „sztywną” mentalnością, poszukujący bezpieczeństwa i stabilizacji w zasadach i stereotypach? Nie, to nie oni, ponieważ konformiści nie chcą wyróżniać się z tłumu, a trudno się w nim ukryć z poglądami i zamiłowaniami odrzucanymi przez prawie wszystkich kolegów i przełożonych.

To oczywiście nie oznacza, że tradycyjni katolicy są idealni. Tak jak każdy, są oni spadkobiercami wszystkich ludzkich słabości. Chciałem tylko wskazać na coś oczywistego. Potrzeba bowiem odwagi cywilnej, aby bronić tradycyjnych poglądów w katolickich szkołach, uniwersytetach, seminariach czy środowiskach duszpasterstwa akademickiego. Czasami najlepsza strategia przetrwania polega na „nie wychylaniu” się, lecz i tak trzeba być wytrzymałym psychicznie i wytrwałym, aby wyrażać własne stanowisko niezgodne z powszechną opinią. W tysiącach zachodnich instytucji to właśnie ten dziwny, wyizolowany konserwatysta jest jedynym hamulcowym zbiorowego myślenia.

A co z konserwatywnymi i tradycyjnymi instytucjami? Zapewne tam uwagi nie zwracają na siebie jedynie ludzie o konserwatywnych czy tradycyjnych poglądach. Owszem, ale to tylko dowodzi, że tego typu instytucje nie różnią się niczym od innych, które mają swój określony charakter. Konformiści będą starać się podporządkowywać obowiązującym standardom. Jednak nie oznacza to wcale, że kierujący tymi instytucjami chcą kształcić konformistów. Faktycznie trudno byłoby im się do tego przyznać, ponieważ zdecydowana większość osób zrzeszonych w tego typu organizacjach przez całe swoje dotychczasowe życie zmuszona była postępować wbrew panującym trendom. W przeciwnym razie w ogóle by ich tam nie było.

Kolejna rzecz to misjonarski tryb życia prowadzony często przez tradycyjnych księży. Funkcjonowanie z dala od własnego ośrodka i konieczność przeniknięcia do przynajmniej częściowo wrogo nastawionego środowiska wymagają pewności siebie, zaradności oraz chęci podjęcia inicjatywy. Konformiści nie byliby w stanie sobie z tym poradzić. Dla wszystkich osób mających jakiekolwiek osobiste doświadczenia z funkcjonowaniem tradycyjnych instytutów oczywistym jest, że przełożonym zależy na wykształceniu pewnych siebie księży, którzy potrafią sobie poradzić w nieprzewidzianych okolicznościach.

W poprzednim poście analizowałem rozróżnienie Dixona między tym co autorytarne, a tym co autokratyczne. Nie wydaje mi się, żeby robił z niego dobry użytek jednak jego rozważanie na ten temat jest ważne. Model konformistycznego zachowania może być mylnie utożsamiany ze ściśle zdyscyplinowaną, hierarchiczną strukturą – oczywiście są to dwie różne rzeczy. Weźmy na przykład elitarną jednostkę wojskową, której żołnierze szkoleni są, by znaleźć się za linią wroga. Będzie ich charakteryzować zarówno surowa dyscyplina, jak i wysoka elastyczność umysłu. Ludzie chorobliwie obawiający się porażki, niezdolni do podejmowania inicjatywy oraz osoby łamiące zasady jedynie dla własnej wygody nie nadają się do tego typu zadania. Nie ma w tym żadnej sprzeczności. Dla konformisty dyscyplina i rutyna nie mogą być niczym więcej jak tylko maską, pod którą kryje się jego prawdziwe oblicze. Specjalistyczny trening wojskowy przygotowuje do realizacji konkretnego celu (na przykład wysadzenia mostu) przy zupełnej otwartości na środki, jakie są do tego potrzebne. Założeniem takiego treningu jest wyszkolenie ludzi zdolnych do niekonwencjonalnego myślenia, czego dobry trener nigdy nie pomyli z naruszaniem norm dla własnej korzyści.

Nie jest zbiegiem okoliczności fakt, że arcybiskup Lefebvre był misjonarzem wywodzącym się ze Zgromadzenia Ducha Świętego, które ze względu na swój misjonarski charakter w mniejszym stopniu niż inne instytucje w tamtym czasie było skupione na kształceniu konformistów ze słabym ego. W latach 30. konformista pozostawiony samemu sobie w buszu nie wytrzymałby nawet tygodnia. A co możemy znaleźć w dalszej części życiorysu abp. Lefebvre’a? Na przykład to, że potrafił stawić opór zbiorowemu sposobowi myślenia, a siłą swojego charakteru był w stanie oprzeć się powszechnie panującej opinii. Lefebvre również zrzekł się wygód zasłużonej emerytury, aby robić to, co uważał za słuszne na rzecz osób znajdujących się niżej w hierarchii kościelnej, tj. księży, seminarzystów i wiernych.

Aby jeszcze dobitniej wyjaśnić tę kwestię, spójrzmy na przykład Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X (FSSPX), którego Lefebvre był założycielem. Czy przypadkiem członkowie FSSPX nie są nadzwyczaj surowi?  A czy Bractwo nie przyciąga kandydatów do kapłaństwa wywodzących się z zamkniętych środowisk, gdzie tradycja jest normą? Być może, ale tak jak mówiłem, nie należy utożsamiać dyscypliny z konformistycznym autorytaryzmem, o którym wcześniej pisałem. Czy można jakoś to sprawdzić? Oczywiście. Każdy kto ma jakiekolwiek pojęcie o historii Bractwa wie, że najczęściej jego członkowie nie są konformistami ze słabym ego.

Jak to możliwe? Indywidualizm i zaradność tych księży przynoszą dobre owoce. Jednak, aby przekonać tych, którym nie po drodze z Bractwem, skupmy się na czymś, czemu będą mniej skłonni zaprzeczyć, a mianowicie na złych skutkach. Co kilka lat FSSPX przeżywa swego rodzaju erupcję, która prowadzi do odpływu części członków, a odejścia pojedynczych księży są na porządku dziennym. Niektórzy z nich chcą pojednać się ze Stolicą Apostolską, a inni zostają sedewakantystami. Ostatnio pewna grupa wyrzekła się Bractwa z obawy przed jego całkowitym zjednoczeniem z Ojcem Świętym. Co to wszystko może oznaczać? Tylko tyle, że mamy do czynienia z gronem mężczyzn, którymi kieruje szacunek do zasad, a nie chęć osiągnięcia bezpieczeństwa i wygód zinstytucjonalizowanego życia czy chęć przypodobania się kolegom i przełożonym.

Przełożony generalny biskup Fellay musi czasem mieć wrażenie, że walczy z wiatrakami. W jego wystąpieniach publikowanych od czasu do czasu w Internecie uwagę przykuwa sposób, w jaki prezentuje on swoje stanowisko czy zasady działania. Biskup broni swojego punktu widzenia przy pomocy racjonalnej argumentacji, a nie poprzez walenie pięścią w stół czy piętnowanie zdrajców. Bernard Fellay nie stoi na czele kultu, lecz kieruje grupą ludzi pragnących postępować zgodnie ze swoimi przekonaniami.

Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X znajduje się pod szczególną presją ze względu na swój status kanoniczny. W pozostałych tradycyjnych grupach zarówno świeckich, jak i kościelnych można zauważyć podobne „rozwarstwienie” związane z pojawieniem się jakiegoś rodzaju presji. Szczególnie w sytuacji, kiedy nie wszystko dobrze funkcjonuje, ludzie zaczynają spierać się o środki potrzebne do osiągnięcia celu. Jeśli grupa składa się z frakcji forsujących rozbieżne strategie działania, rozłam jest realną perspektywą. Nie jest to żaden powód do dumy, lecz dowód na to, że – powiedzmy raz jeszcze – członkami takich organizacji kieruje szacunek do zasad, a nie łechtające ego korzyści płynące z konformizmu. Osobiście wolałbym mieć do czynienia z grupą ekscentryków zdeterminowanych do zrealizowania celu niż z towarzystwem ceniącym wygody zinstytucjonalizowanego życia przerażonego perspektywą płynięcia pod prąd.

Nie uda mi się otworzyć oczu ludziom takim jak Basil Loftus. Jednak następnym razem, kiedy ktoś powiąże tradycjonalizm ze sztywnością, mam nadzieję, drogi czytelniku, że dostarczyłem Ci środków potrzebnych do zrozumienia, skąd biorą się takie oskarżenia, co oznaczają oraz dlaczego nie pokrywają się z faktami. Jeżeli udałoby się nam w ten sposób zwrócić uwagę bardziej otwartej części opinii publicznej, byłyby to wystarczający sukces.

Joseph Shaw 30 XI 2017
Źródło
Inne rozważania o psychologii tradycjonalizmu Josepha Shaw'a
Tłumaczenie: Michał Żaczek
Zdjęcie: Joseph Shaw