poniedziałek, 8 kwietnia 2019

P. Kwasniewski: Dwanaście powodów, aby nie faworyzować Novus Ordo — polemika z ks. Longeneckerem



Ks. Longenecker napisał kilka dobrych książek i artykułów. Przed laty z przyjemnością czytałem jego publikację o św. św. Benedykcie i Teresie z Lisieux. Jej lektura wiele mi dała. Również najnowsze dzieło księdza na temat prawdziwości podania o Trzech Królach jest interesujące.

Jednak gdy chodzi o kwestie związane z liturgią, wydaje się, że ks. Longenecker nie wie, o czym mówi. Każde twierdzenie wyrażone przez niego w artykule „Dwanaście rzeczy, które lubię wnowej mszy” można obalić i obalono już w obszernej literaturze przedmiotu, której zdaje się być nieświadomy. W rzeczy samej artykuł ten ujawnia jego słabą znajomość historii, przebiegu i istoty reformy liturgicznej (dobrze udokumentowanych np. w biografii abp. Annibale Bugniniego) oraz kontrastującego z nią bogactwa tradycyjnej mszy.

Przyjrzyjmy się zatem dwunastu zaletom nowej mszy, jakie przedstawia w swoim artykule ks. Longenecker.

  1. Jest przystępna. Sprawowanie liturgii w języku narodowym czyni ją zrozumiałą dla ludzi. Co w tym złego?

Cechą charakterystyczną racjonalizmu obecnego w Ruchu liturgicznym, a wzorowanego na oświeceniowym, było przyznanie rozumieniu werbalnemu prymatu nad bardziej kompleksowym i holistycznym pojmowaniem misterium wiary, które angażowało wszystkie zmysły i odwoływało się zarówno do serca, jak i umysłu. Użycie łaciny — pomijając fakt, że to zwyczaj trwający w Kościele zachodnim przez ponad 1500 lat — stwarza wśród wiernych atmosferę tajemniczości i świętości, która sprzyja kontemplacji i adoracji.

Ponadto usilne dążenie do celu, jakim była łatwość zrozumienia, skłoniło reformatorów do uproszczenia treści mszy w dużym stopniu, tak aby nie była ona zbyt „skomplikowana”. Czym zatem sowicie okupujemy aż nad wyraz oczywistą „przystępność” Novus Ordo? Powierzchownością i nudą. Jest tak przystępna, że „nie potrafi urzec” — jak powiedziałby P. G. Wodehouse. W efekcie otrzymujemy poradniki na nowy temat: „Jak walczyć z nudą podczas mszy” albo obserwujemy powstawanie modnych ruchów, jak LifeTeen, mających na celu uatrakcyjnić Novus Ordo. Tradycyjna msza jest natomiast wymagająca, wyrazista i wzniosła; stawia przed wiernym wyzwanie, które odpowiada jego godności jako istoty rozumnej i posiadającej nadprzyrodzony cel oraz daje mu nieskończone możliwości odkrywania na nowo starodawnych modlitw i gestów.

Wreszcie każdy, kto umie czytać i pisać, może korzystać z codziennego mszalika, w którym znajdzie wszystkie antyfony, modlitwy i czytania w języku narodowym; w tłumaczeniu, które nie będzie rościć sobie prawa do bycia jedynym oficjalnym przekładem niemożliwych do oddania niuansów starożytnych tekstów łacińskich. Dzięki temu unikamy trudnego do rozwiązania sporu o to, jaki styl i rejestr językowy powinien być używany w liturgii sprawowanej w rodzimym języku. Poza tym główne modlitwy mszalne są niezmienne i powtarzają się co tydzień, zatem nie trudno je śledzić — widać to po małych chłopcach i dziewczynkach, którzy radzą sobie z tym podczas klasycznej mszy.


  1. Jest plastyczna. Ponieważ łacina jest językiem naszego Kościoła, powinniśmy ją honorować, a nowa msza daje możliwość całkiem łatwego wprowadzenia doń nieco a nawet mnóstwa łaciny. Jest plastyczna również pod względem muzycznym. Nie trzeba sięgać po szałowe melodie, folkowe piosenki albo rockową muzykę. Chorał gregoriański i polifonia też się wpasują — wystarczy się ich nauczyć.

Pomysł, że liturgia winna być kwestią wyboru lub doboru różnych opcji, jest nieznany w historii rozwoju chrześcijańskiej liturgii na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Zawsze dążono do większej precyzyjności, spójności i stałości tekstów, śpiewów i obrzędów liturgicznych. Liturgia jest rytualną czynnością, w której uczestnik porzuca swoją indywidualną osobowość i wciela się w postać, której charakter licuje z charakterem sprawowanego misterium. Dlatego kapłan powinien jawić się nie jako ten, który kieruje uroczystością i ubarwia ją, ale jako szafarz, który składa przed ludem powierzony mu skarb; wiernym natomiast łatwiej spełnić swoją rolę i modlić się, gdy liturgia nie jest niczym ruchomy cel, lecz gdy mogą nieustannie uczestniczyć w tych samych świętych czynnościach. Owa inherentna cecha należytej liturgii została wyrugowana z Novus Ordo już na etapie projektowania.

Jak zatem wygląda plastyczność w praktyce? Możemy usłyszeć kanon rzymski, który jest kwintesencją rytu rzymskiego, albo modlitwę eucharystyczną wzorowaną na rzekomej anaforze ułożonej rzekomo przez św. Hipolita a skleconą na serwetce w restauracji na Zatybrzu. Możemy wysłuchać chorału, który rozwijał się przez tysiąc lat równolegle do rytu, albo sentymentalnej, fortepianowej melodii skomponowanej przez byłego jezuitę. Możemy uczestniczyć w mszy odprawianej ku wschodowi, zgodnie z tradycją apostolską (potwierdzoną przez św. Bazylego i innych), albo spróbować szczęścia w „zamkniętym kręgu”, czyli nowatorskim podejściu jakim jest celebracja versus populum. Możemy stanąć w procesji do komunii, niczym w kolejce po bilet autobusowy, i otrzymać ją na rękę, rozsypując cząstki Ciała Chrystusa tu i tam, lub przyjąć Pana na język, adorując go w postawie klęczącej. To wszystko dzięki wspaniałej plastyczności! Diabeł musi być nią zachwycony, ponieważ wybór jest zazwyczaj na jego korzyść.

Taka plastyczność zatarła także na dobrą sprawę różnicę między mszą czytaną a śpiewaną oraz solenną, ponieważ w praktyce otrzymujemy zwykle dziwne połączenie części mszy śpiewanej i czytanej, w którym trudno dostrzec ład lub hierarchię.

Duchowe zagrożenia płynące z owej plastyczności omawiam w wykładzie pt. „Posłuszeństwo w liturgii — międzynaśladownictwem Chrystusa a pokusą swobody”.


  1. Nadaje się do podróży. Mimo że bardzo miłujemy piękną architekturę, muzykę, westymenta i organy piszczałkowe, są chwile, gdy trzeba odprawić mszę na obozowisku, w więzieniu, na polu bitwy, w blaszaku albo na misjach, na szczycie góry lub na plaży. Dzięki swojej prostocie Novus Ordo daje się łatwo sprawować w takich warunkach.

To bodajże najsłabszy argument ze wszystkich dwunastu, biorąc pod uwagę fakt, że tysiące z największych misjonarzy w dziejach Kościoła, a także kapelanów wojskowych podczas wielu wojen (włącznie z obiema wojnami światowymi, co poświadczają liczne, stare fotografie dostępne w Internecie), odprawiało wyłącznie tradycyjną mszę i nosiło na plecach wszystko, co było potrzebne do jej celebrowania.

Wszak jednym z zastrzeżeń, jakie podnieśli na Soborze Watykańskim II biskupi misyjni, było to, iż proponowana reforma liturgiczna znacznie zwiększy ilość ksiąg niezbędnych podczas mszy. Wszystko czego potrzebuje kapłan, aby odprawić starą mszę łacińską w całości, to jeden mszał ołtarzowy. Z kolei aby odprawić nową liturgię w sposób choćby zbliżony do kompletnego, potrzebne są mszał ołtarzowy, lekcjonarz oraz graduał albo antyfonarz. Do mszy śpiewanej potrzebna jest natomiast istna biblioteka, co wiem z własnego doświadczenia, ponieważ przez wiele lat prowadziłem chór śpiewający na Novus Ordo.

Wspomniane stare fotografie księży celebrujących tradycyjną mszę łacińską pod gołym niebem udowadniają, że można to robić dobrze, nawet podczas wielotygodniowych wędrówek z plecakiem. Zresztą, jak ujął to Martin Mosebach, ostatecznie to nie architektura sprawia różnicę, ale sama msza. Wspaniała msza katolickiej tradycji obejmuje w posiadanie miejsce, w którym jest ofiarowana i dominuje w nim; Novus Ordo potrafi zaś sprowadzić nawet wzniosłą katedrę do poziomu swojej zubożałej prostoty. Dlatego zazwyczaj wydaje się być nie na miejscu, gdy sprawuje się ją w pięknych kościołach sprzed lat.

Do refleksji powinien skłonić nas także fakt, iż więźniowie reagują pozytywnie na łacińską mszę, gdy pojawia się ona w ich życiu. Otrzymałem kiedyś list od więźnia z Luizjany, który odmawia stary brewiarz i co tydzień prosi o Tridentinę. Czyż i oni nie zasługują na to co piękne, okazałe i niepojęte i nie mogą na to odpowiadać? Współczesny świat jest już wystarczająco zalany skrótowcami, ułatwieniami, dietetycznymi napojami i niskokalorycznymi przekąskami; znajomość oryginału, droga nie na skróty, solidny posiłek wyszłyby nam na dobre.


  1. Czyta się na niej więcej Pisma Św. i to w języku zrozumiałym dla ludzi. Co w tym złego, że wierni mogą poznać je w większym stopniu?

Prawdę powiedziawszy chrześcijanie skorzystaliby na lepszej znajomości Pisma Św., ale tak naprawdę nie skorzystają.

Po pierwsze nowy lekcjonarz jest tak zapchany Pismem Św., że wcale nie polepsza jego znajomości wśród wiernych. Tymczasem stary (ba, starożytny) lekcjonarz zawiera niedużą liczbę czytań, które są dopasowane do liturgii danego dnia i mają optymalną długość, dzięki czemu ludzie bardzo dobrze je znają. Ponieważ msza nie jest studium biblijnym, nie można oczekiwać od żadnego katolika, że poprzez liturgię posiądzie gruntowne rozumienie Pisma Św. (nawet nowy lekcjonarz zawiera jedynie 13,5% Starego Testamentu oraz 54,9% Nowego Testamentu, nie wliczając Ewangelii). Dlatego twierdzenie, że w trakcie mszy powinno się go czytać więcej, rodzi pytania.

Po drugie stary lekcjonarz, choć celowo ograniczony, przedstawia wyraźnie więcej próbek „trudnej mowy” z Pisma Św. Nie boi się mówić o gniewie Bożym, o niegodziwości grzechu, czy ostrzegać przed świętokradzkim przyjmowaniem komunii — fragmenty tego typu są częstokroć pomijane w nowym lekcjonarzu mimo jego większej objętości. Innymi słowy: nowy lekcjonarz przemilcza te wersety Pisma Św., które są „trudne” dla współczesnego człowieka i okrawa w ten sposób jego pełne przesłanie — tak jak w Liturgii godzin okrojono Psałterz — z treści niepoprawnych politycznie.

Sześć najważniejszych argumentów przeciwko zasadności nowego lekcjonarza można znaleźć w moim innym tekście, „Reforma lekcjonarza”; omówienie natury pominięć i nieścisłości, jakich się dopuszczono, znajduje się w artykule „Historia dwóch lekcjonarzy”; natomiast studium przypadku oparte na wersetach 27-29 usuniętych z jedenastego rozdziału 1 Listu do Koryntian znajduje się w tekście „Pominięcie, które nęka Kościół”.


  1. Przywrócono w niej procesję z ewangeliarzem. Przenosić go z jednej strony ołtarza na drugą? To raczej nie procesja, nieprawdaż? Ryt Sarum, czyli dawny ryt angielski, zawierał liczne procesje, w tym tę z ewangeliarzem, dlatego dobrze, że wskrzeszono ten prastary zwyczaj.

Stary ryt w swojej normatywnej formie, tj. mszy solennej, posiada okazałą procesję z ewangeliarzem, która podąża od głównego ołtarza na skraj prezbiterium, gdzie diakon śpiewa Ewangelię w kierunku północnym, co symbolizuje ewangelizację bezbożnego świata, któremu naprzeciw staje Kościół. Nawet podczas mszy śpiewanej przejściu ze strony Lekcji do strony Ewangelii towarzyszą świece, kadzidło oraz uderzająca zmiana tonu śpiewu, sprawiając, że ów moment w liturgii staje się imponujący. W porównaniu z tym ceremoniał Novus Ordo jest mizerny.

Wydaje się, jakby ks. Longenecker uważał codzienną mszę czytaną za symbol albo za probierz starożytnego rytu rzymskiego, podczas gdy jest ona klasztornym i pełnym pietyzmu wariantem tego rytu. Mimo to i podczas mszy czytanej przejściu od Lekcji do Ewangelii towarzyszą graduał i alleluja, głęboki pokłon na środku ołtarza oraz modlitwa skierowana do proroka Izajasza — wszystko odbywa się przy ołtarzu ofiarnym, skąd Słowo unosi się do Ojca niczym słodka woń, ukazując nam w niesamowity sposób wewnętrzną jedność liturgii słowa i liturgii eucharystycznej, a także podporządkowanie tej pierwszej drugiej — co wciąż robi większe wrażenie niż ksiądz idący do pulpitu, aby przeczytać Ewangelię, swoją drogą, w osobliwym tłumaczeniu.


  1. Modlitwy wiernych. Często są niewłaściwe, jednak gdy dobrze się je ułoży i dostosuje, stanowią ogromne wsparcie dla modlących się.

W tym miejscu możemy dostrzec największą wadę ks. Longeneckera, jaka łączy go ze wszystkimi liturgistami-majsterkowiczami połowy XX w., a mianowicie przekonanie, że jeśli mamy „dobry pomysł”, to powinniśmy go zrealizować w liturgii. Nieważne, jak czyniono od niepamiętnych czasów, nasze „dobre pomysły” zasługują na swoje pięć minut — pontyfikalnie zadekretowanych, nie inaczej! Modlitwa wiernych została włączona do liturgii na podstawie akademickich teorii, utrzymujących, że pierwotnie we mszy zawsze występowały takie prośby wstawiennicze, ponieważ odnajdujemy je w pełnym rozkwicie w liturgii Wielkiego Piątku. Jednak dokładniejsze studia wykazały, iż liturgia ta nie jest modelowa lecz stanowi wyjątek, co podpowiada również zdrowy rozsądek.

W każdym razie nie ma dowodu na to, że w liturgii rzymskiej występowały rozwlekłe litanie albo ektenie niczym w rycie bizantyjskim. Wszystkie intencje, w jakich się zazwyczaj modlimy, są już obecne w kanonie rzymskim i w różnych, innych częściach mszy. Modlitwa wiernych jest po prostu kolejną nowinką włączoną do liturgii, ponieważ znawcy uznali, że to dobry pomysł. Józef kard. Ratzinger zwracał kilkakrotnie uwagę na to, iż dostosowywanie publicznej modlitwy do akademickich teorii to ryzykowne działanie, ponieważ teorie takie przedstawia się i obala mniej więcej co ćwierć wieku.


  1. Przywrócono w niej procesję z darami. To prastara część liturgii, w której lud Boży przynosi dary ołtarza — piękna rekonstrukcja dawnej tradycji.

Procesja z darami w formie, w jakiej stworzyła ją Komisja ds. reformy liturgicznej, w niczym nie przypomina żadnego historycznego precedensu, jaki miał miejsce na Zachodzie. Jest ona wytworem fantazji wzorowanym na zwyczaju przynoszenia przez wiernych chleba i wina przed rozpoczęciem mszy (zob. Paul Bradshaw, „Gregory Dix a procesja z darami”). Natomiast w obecnym kształcie zdaje się być kolejnym sposobem organizowania zajęcia osobom świeckim niczym Agencja ds. Rozwoju Pracy (ang. Works Progress Administration), która zapewniała zatrudnienie bezrobotnym po wielkim kryzysie.

Oprócz tego, w encyklice Mediator Dei (1947 r.), papież Pius XII ostrzegał liturgistów przed „przesadnym i niezdrowym archeologizmem” tych, którzy chcą „powrócić do starodawnych obrzędów i zwyczajów a odrzucać nowe, które z opatrznościowego zrządzenia Bożego ze względu na zmienione warunki zostały wprowadzone (…).” Inaczej mówiąc: sam fakt, iż wydaje nam się, że jakaś czynność była wykonywana tysiąc lat temu albo i wcześniej, nie wystarcza, aby przywrócić ją dzisiaj, kiedy kontekst, w jakim by ją znowu sprawowano jest odmienny, przez co na pewno nabrałaby innego znaczenia. Jak wyjaśnia dalej Papież: „Nie należy jednak mniemać, iż dawny zwyczaj, dlatego tylko że tchnie starożytnością, jest przydatniejszy i lepszy, czy to sam przez się, czy to w odniesieniu do późniejszych czasów i nowych warunków (…). Natomiast nie jest rzeczą ani mądrą, ani godną pochwały wszystko i w każdy sposób cofać do starożytności. I tak, aby użyć przykładu, błądzi kto chce ołtarzom przywrócić pierwotny kształt stołu; kto chce wykluczyć czarny kolor z szat kościelnych; kto nie dopuszcza w kościele posągów i świętych obrazów; kto wymaga, aby wizerunek Zbawiciela przybitego na krzyżu tak był dostosowany, iżby na Jego ciele nie było znać okrutnych mąk, które poniósł; kto wreszcie gani i odrzuca wszelką muzykę polifoniczną (…).”

To ciekawe, że wszystkie przykłady błądzenia, których użył Pius XII, okazały się charakterystyczne dla reformy liturgicznej, skoro tylko została powszechnie wprowadzona — zastąpiono ołtarz i celebrację ad orientem stołem i celebracją versus populum, usunięto czarny kolor z mszy za zmarłych, wypaczono wizerunki, wprowadzono dziwaczne krzyże i porzucono muzykę polifoniczną.

Ks. Longenecker potępia zanik ceremonii posiadających głębokie znaczenie, ponieważ jest zwolennikiem reformy reformy. Jednakże założeniem leżącym u podstaw wielu jego argumentów jest właśnie błędny archeologizm, który sprawił, że katolicyzm porzucił tak wiele wyróżniających go zwyczajów na rzecz ponoć bardziej starożytnych praktyk. Usuwanie tego, co zyskaliśmy w średniowieczu oraz baroku i wprowadzanie na to miejsce wątpliwych i wybiórczo odtworzonych obrzędów ze starożytności jest cechą charakterystyczną jajogłowych liturgistów. Teoria zawsze wygląda lepiej na papierze niż w rzeczywistości.


  1. Modlitwy na ofiarowanie — nawiązują do żydowskich modlitw, jakie Jezus odmówił podczas ostatniej wieczerzy. Czy to źle?

Nad tym argumentem musiałem się dobrze zastanowić. Ofertorium Novus Ordo wzorowane na żydowskich błogosławieństwach jest sztucznym wymysłem nie mającym żadnego związku z ofertoriami, jakie znajdujemy we wszystkich rytach liturgicznych Wschodu i Zachodu od średniowiecza aż do 1969 r. Nie powinniśmy być również zaskoczeni faktem, że wraz z rozwojem chrześcijańskich obrządków nie sięgano po inspirację do żydowskich źródeł w niezmienionej formie, a tym bardziej po konkretne teksty.

W rzeczywistości Komisja chciała usunąć wszystkie modlitwy podczas ofertorium i sprawić, aby „ofiarowanie” było jedynie symbolicznym gestem podniesienia chleba i wina. Papież Paweł VI sprzeciwił się brakowi tekstu w ogóle i zażądał naszkicowania takowego — najwyraźniej bowiem architekci nowego rytu zgadzali się jednomyślnie, że sposób w jaki Kościół modlił się przez prawie tysiąc lat był, oczywiście, niewłaściwy. Dogodnie przyjęto zatem żydowskie błogosławieństwo odmawiane przed posiłkiem. Shabbat shalom!

Czy to naprawdę możliwe, że ktoś tak inteligentny jak ks. Longenecker nie zdaje sobie sprawy z tego, iż konstruowanie liturgii w ten sposób to poważny problem, skoro zawsze postrzegano ją jako uniwersalną modlitwę Kościoła przekazywaną przez wieki i wzbogacaną pobożnością każdego pokolenia? Pomysł, aby zrezygnować z istotnej części rytu i zastąpić ją czymś, czego chrześcijanie nigdy powszechnie nie używali, był niezrozumiały, i takim powinien pozostać.


  1. Można ją modyfikować. Stwarza to pole do nadużyć, ale równocześnie daje możliwość zachowania wszelkiego rodzaju tradycyjnych zwyczajów. Papież Benedykt pragnął, aby forma nadzwyczajna była wzorem dla celebracji w formie zwyczajnej, dlatego nową mszę można odprawiać ad orientem, z wykorzystaniem balasek, udzielając komunii klęczącym wiernym do ust, z solidnie wyszkolonymi ministrantami, piękną muzyką, westymentami, architekturą i sztuką. To prawda, nowa liturgia może być nijaka i banalna, lecz tak samo może być imponująca i pełna chwały.

To tak, jakby powiedzieć: wspaniałą cechą naszego systemu politycznego jest to, że umożliwia marsze dla życia, jednocześnie dopuszczając finansowanie organizacji Planned Parenthood. Nie, to okropna wada naszego politycznego systemu, w którym nie przestrzega się prawa naturalnego i nie działa na rzecz dobra wspólnego.

Podobnie fakt, że Novus Ordo oferuje wielorakie kombinacje, które każda wspólnota może realizować w zależności od tego, co sama uzna za słuszne i stosowane, nie jest oznaką doskonałości, lecz wyrazem wewnętrznej niespójności, anarchii i relatywizmu. W tradycyjnych rytach katolickich przestrzega się odwiecznych reguł, które nakazują (nawet jeśli nie zawsze to gwarantują) sprawować teocentryczny kult z powagą, czcią i starannością. Dzięki temu gdziekolwiek na świecie bym nie był, mogę wstąpić na tradycyjną mszę łacińską i być pewnym tego, co zobaczę i usłyszę. Te same teksty, te same gesty, ten sam etos, ta sama religia katolicka. O ile kapłan przestrzega rubryk, msza będzie pełna nabożeństwa, skupienia i budującej atmosfery. Niestety nie można tego powiedzieć o Novus Ordo.


  1. Hymny. Tak, wiem, to ponoć współczesny, protestancki wymysł — z czym można się spierać — ale zwyczajnie patrząc na nie takimi, jakimi są, można zauważyć, że niektóre z nich są piękne i naprawdę pomagają ludziom wznosić serca w trakcie modlitwy, wyrażać ich wiarę oraz przydają się w katechezie. Mogą zatem stanowić wartościowe uzupełnienie liturgii.

Spore niedopowiedzenie. Hymny nie są wyłączną domeną kręgu Novus Ordo: wspólnoty, które wielbią Boga tradycyjną mszą łacińską, często śpiewają przed aspersją hymn procesyjny a po ostatniej Ewangelii hymn na zakończenie mszy. W każdym razie nadużywano ich na długo przed powstaniem Novus Ordo. „Reguła czterech hymnów” (ang. Four hymn sandwich) sięga korzeniami do zgubnego okresu Ruchu liturgicznego, kiedy to ideałem dla części duchowieństwa (przede wszystkim amerykańskiego) była msza czytana ze śpiewem hymnów na wejście, ofiarowanie, komunię i zakończenie, które wprowadzono w celu zwiększenia „uczestnictwa wiernych”. Brzmi znajomo?

Tak naprawdę hymny wywodzą się z Liturgii godzin i tam jest ich miejsce. Każda godzina począwszy od Matutinum i Laudesów poprzez Prymę, Tercję, Sekstę i Nonę aż do Nieszporów i Komplety zawiera hymn. Owo połączenie poezji i muzyki jest jednym z najwspanialszych, jakie posiadają katolicy, lecz mało kto może napawać się nim w jego „naturalnym środowisku”. Wydaje się, że duszpasterze nadal nie wzięli sobie do serca zaleceń Soboru Watykańskiego II mówiących, iż należy przybliżać wiernym Liturgię godzin, śpiewając ją publicznie.

Tymczasem koncepcja, aby podczas „wieczerzy Pańskiej” wierni śpiewali parafrazy Pisma Św. albo specjalnie stworzoną poezję dewocyjną, jest bezdyskusyjnie protestanckim wynalazkiem, który nadaje liturgii eucharystycznej protestancki ton — tak, jak zaplanowali orędownicy ekumenizmu. Proszę mi wybaczyć, proszę Księdza, ale naprawdę nie ma znaczenia, jak piękne są te hymny. Katolicka msza ma własne, Gloria oraz Sanctus, a także swoją własną muzykę: antyfony i części mszy na melodie gregoriańskie, lub we wspaniałej i wielowiekowej polifonicznej oprawie.

Celem mszy nie jest katecheza ani też oddawanie „chwały” (w takim znaczeniu, w jakim używają tego terminu charyzmatycy), ale adoracja trójjedynego Boga poprzez ofiarę Jezusa Chrystusa — nikt nie wytłumaczył tego lepiej niż ks. Christopher Smith w swoich artykułach. Nie ma potrzeby uzupełniać liturgii; należy ją sprawować zgodnie z rubrykami i klarownie, ponieważ wtedy najlepiej spełnia swoją prawdziwą rolę. Hymny można z pewnością wykorzystać skuteczniej podczas innych okazji.


  1. Dzięki swojej przystępności nadaje się lepiej do ewangelizacji. Zdaję sobie sprawę z faktu, że msza nie służy przede wszystkim do tego, ale gdy potencjalni konwertyci zaczynają na nią uczęszczać, łatwiej im będzie włączyć się do Kościoła i przebiegnie to w życzliwej atmosferze, jeśli umożliwimy im rozumienie i śledzenie słów oraz czynności liturgicznych.

Jestem rozczarowany faktem, że ks. Longenecker powtarza utartą retorykę liturgistów, którzy wciąż zakładają, iż tym, czego szukają potencjalni konwertyci, jest rozumowa treść wyrażona słowami. Poruszyłem tę kwestię wcześniej, dlatego wystarczy, że w tym miejscu zaznaczę, iż tradycjonalizm to przede wszystkim ruch ludzi młodych. Każdy, kto odwiedzi parafię związaną z tradycyjną mszą łacińską, dostrzeże, że liturgia ta przyciąga niewspółmiernie dużo młodzieży i młodych rodzin. Nawrócenia i powroty do wiary są rozliczne, co jest zaskakujące, biorąc pod uwagę marginalizację i gettoizację tradycjonalistycznych wspólnot w diecezjach, w których biskupi zdecydowali się ignorować Summorum Pontificum.

Wszystko to świadczy o tym, że „współczesny człowiek” być może nie potrzebuje „przystępności” albo „życzliwości” — dziś już przestarzałych pojęć — ale doznania misterium, zetknięcia się z Bogiem, otarcia się o to, co niewypowiadalne, zanurzenia w świętości. Novus Ordo jest wyjątkowo słabo przygotowany, aby zaspokoić którąkolwiek z tych potrzeb, a przez swoją płaską, bauhausową formę nie wzbudza ich ani nie wzmacnia w człowieku w naturalny sposób. Mamy rok 2019, a nowa liturgia wydaje się przestarzała; wielu uczestniczy w niej z nawyku albo dlatego, że nie wie, iż istnieje alternatywa. Stara liturgia tchnie zaś nieustającą świeżością, wabiąc znużonych światem pielgrzymów, którzy natknąwszy się na nią, wpływają do przystani, jaką jest Kościół.


  1. Jest zwyczajna. Niewyszukane słowa i czynności Novus Ordo zapewniają celebrację pełną szlachetnej prostoty. Samo przestrzeganie rubryk i odmawianie nigryk ma w sobie naturalną godność — nie jest ani przesadnie pompatyczne i teatralne, ani schematyczne i trywialne.

Czy mistyczne uobecnienie doskonałej ofiary Chrystusa, które niweluje dwa tysiące lat, jakie dzielą nas od Kalwarii i przenosi nas pod Jego krzyż, do Jego ran, do Jego najdroższej krwi, do Jego serca włócznią przebitego; owo przekroczenie otchłani dzielącej Boga i człowieka, niebo i ziemię; owo odtworzenie misteriów życia, śmierci, zmartwychwstania i wniebowstąpienia pośród nas; owo zespolenie Jego aktów miłości, adoracji, żalu, błagania, dziękczynienia z naszymi, tak abyśmy my, członkowie Jego mistycznego ciała, mogli wielbić Boga złączeni z głową Kościoła — czy to powinno być „zwyczajne”? Czy to możliwe? Jedynie za cenę całkowitego zafałszowania tego misterium. Obrządki liturgiczne, greckie czy łacińskie, wschodnie czy zachodnie, rozwijały się pod opieką Opatrzności w kierunku pełniejszego wyrażania tych cudownych prawd, ku większej uniwersalności, okazałości i dokładności. Przeciwstawny ruch wyłonił się w historii jako ikonoklazm: chęć niszczenia bezgranicznego piękna Boga, które znalazło odbicie w rzeczach materialnych.

„Przestrzeganie rubryk i odmawianie nigryk” jest ważne o tyle, o ile cenne są rubryki, których się przestrzega i nigryki, które się odmawia. Teologiczne nieścisłości i duchowa powierzchowność tekstów Novus Ordo zostały starannie udokumentowane i poddane krytycznej analizie w różnych publikacjach (np. „Nowa msza papieża Pawła” Michaela Davisa), natomiast rubryki były nieustannym powodem do żartów począwszy od pierwszego wydania mszału aż do jego ostatniej edycji. Nie dziwi zatem fakt, że zwykły kleryk musiał wyjść z własną inicjatywą i opracować kompletny zbiór rubryk; najwyraźniej Watykan uznał, że katolicka liturgia ma się lepiej bez uwzględniania takich drobiazgowych szczegółów jak to, gdzie kapłan powinien stać w danym momencie lub kiedy i jak bardzo powinien się pochylić. Nowa msza jest przykładem sprzeczności samej w sobie: nieliturgiczna liturgia, nieceremonialna ceremonia, swobodny rytuał, nieszablonowy szablon do wspólnotowej modlitwy.

***

Artykuł ks. Longeneckera zawiera utarte frazesy na temat Novus Ordo, z których żaden nie wytrzymuje ognia krytyki, i na nowo powtarza neokonserwatywną linię partyjną, wedle której posoborowy Kościół ma się zasadniczo dobrze; dlatego idziemy dalej, panie i panowie. Jeśli ktoś zamierza bronić tego ogromnego rozłamu, jaki stanowi nowa msza, musi znaleźć o wiele lepsze argumenty niż te proponowane przez ks. Longeneckera.

To, co robi ks. Longenecker, to klasyczne bicie w słomianą kukłę, ponieważ na początku swojego tekstu stwierdza, że „są tacy, którzy, jak się zdaje, winą za każdy problem Kościoła i świata obarczają to straszliwe Novus Ordo.” Nigdy nie czytałem żadnego tradycjonalistycznego autora, który by tak uważał albo tak mówił. To prawda, wszyscy uważamy, że nowa msza jest zerwaniem z Tradycją katolicką i tragedią w życiu Kościoła, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie istnieje ona w próżni. Inne kwestie, na które regularnie wskazujemy to modernizm, konsekwencjalizm, ultra papizm, feminizm, wpływowa kasta homoseksualnych duchownych, liberalny rozdział państwa i Kościoła — lista jest długa, naprawdę. Wszystkie te sprawy prędzej czy później łączą się jedna z drugą. Reforma liturgiczna jest „twarzą” rewolucji, która oddzieliła główny nurt współczesnego katolicyzmu od katolicyzmu pozostałych wieków; za tą twarzą, tak ja za każdym afiszem, kryje się jednak biuro propagandy i ideologia.

Tradycyjna liturgia nauczyła mnie, że moje gusta nie mają i nie powinny mieć żadnego wpływu na mszę. To raczej msza, istniejąca wcześniej ze swoją stałością i spójnością, kształtuje moje sympatie i antypatie zgodnie z tym, co mi ukazuje, co mi uświadamia, co pozwala mi zrozumieć po długiej nauce. Tak samo było z panem Jezusem i jego uczniami. Nie był tym, kogo wyczekiwali, a mimo to nie dostosowywał się do oczekiwań zelotów, faryzeuszy, celników czy rybaków, tylko cierpliwie, acz autorytatywnie podporządkowywał ich swojej woli.

Jestem w stanie zrozumieć księdza, który pragnie wierzyć, że liturgię, jaką otrzymał od Kościoła, można po prostu, szczerze i bez wątpliwości, zaakceptować taką, jaka jest. Pan jednak okazuje nam szczególną łaskę w tych wstrząsających czasach pontyfikatu Franciszka; daje nam sposobność do uświadomienia sobie niebezpieczeństw przesadnego ultramontanizmu, który skłania katolików do wierzenia we wszystko, co nierozważny papież chce wtłoczyć im do głowy, nawet gdy stoi to w sprzeczności z powinnością urzędu papieskiego do przyjmowania, zachowywania i strzeżenia Tradycji.


Ten nowy rok łaski jest dla nas zaproszeniem do wzbudzenia lub odkrycia na nowo szacunku do dziedzictwa, które otrzymaliśmy jako katolicy. Na początek można zacząć od lektury listy innej niż ta, z którą polemizowałem: „10 powodów, aby uczęszczać na mszę trydencką”.



Peter Kwasniewski
Źródło: OnePeterFive.com
Tłumaczenie: Robert Włodarczyk
Zdjęcie: Joseph Shaw