piątek, 28 grudnia 2018

O „starym” i „nowym” tradycyjnym katolicyzmie oraz dlaczego wybieram Mszę Trydencką

Minęło już kilkanaście lat, od kiedy Ojciec Święty Benedykt XVI wydał motu proprio „Summorum Pontificum”, w znacznej mierze rozszerzające dostępność liturgii w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. We wcześniejszych latach życie tradycji łacińskiej, w Polsce i nie tylko, było znacznie utrudnione. Osoby weń pioniersko zaangażowane wkładały wiele siły i prac w bardzo niedogodnych warunkach. Obecnie jednak tradycyjny katolicyzm, choć niestety nadal w kościelnym mainstreamie krąży wokół niego wiele negatywnych stereotypów (części których winni są sobie sami tradycyjni katolicy), staje się coraz bardziej przystępny. Zmieniają się warunki funkcjonowania środowisk tradycyjnych, zmienia się także grono tych, którzy uczęszczają na Msze Trydenckie. Można powiedzieć, że jesteśmy świadkami pewnej przemiany postaw i mentalności na mniejszą lub większą skalę.





Kilka dni temu na profilu Nowego Ruchu Liturgicznego na Facebooku pojawiło się pytanie  związane z tymi właśnie przemianami: „Czy (...) zachodzi istotna zmiana? Czy kolejne pokolenie wybiera tridentinę już bez związku ze wskazywanymi przez starszych tradycyjnych katolików wadami Nowego Rytu?”. Jako student z Warszawy, od kilku lat aktywnie uczestniczący w życiu warszawskiej tradycji łacińskiej, chciałbym podjąć tu próbę odpowiedzi na to pytanie. Spróbuję jednak odpowiadać bazując nie tylko na swoim doświadczeniu i nie tylko w swoim imieniu, ale także wielu „nowych” albo też „młodych” tradycyjnych katolików, moich rówieśników, a poniekąd w kontrze do zarysowanego w powyższych pytaniach stanowiska „starych” tradycyjnych katolików. Nie roszczę sobie jednak pretensji do pełnej precyzji, obiektywności czy wyczerpania tematu, których mimo chęci nie jestem w stanie osiągnąć. Bazuję głównie na swoim doświadczeniu i spostrzeżeniach, a te mogą być różne u różnych osób. Zaznaczam też, że pojęć „starego” i „nowego” tradycyjnego katolicyzmu używam pomocniczo, raczej do opisu pewnych zestawów postaw, niż etykietowania konkretnych osób. Jak to bywa przy takich generalizacjach, być może ani „stary” ani „nowy” tradycyjny katolicyzm nie są pojęciami dokładnie i wyczerpująco obejmującymi obecne realia. Szkicuję je tutaj raczej jako dwa opozycyjne typy mentalności, a niekoniecznie modele następujące po sobie na przestrzeni lat. Być może także wiele młodych wiekiem osób odnalazłoby się raczej wśród „starych”, a starych – wśród „młodych”. Obrane etykietki nie są tu najważniejsze, stanowią tylko pomocnicze hasła do szkicu pewnych postaw – być może można by je dobrać lepiej. Poza tym dla większej klarowności wywodu obydwie postawy nieco przerysowuję i podaję w skrystalizowanej formie, co niekoniecznie musi mieć proste przełożenie na rzeczywistość. Przejdźmy jednak do sedna sprawy.

Na początku: jakie są postawy „starego” tradycyjnego katolicyzmu? Pierwszą z nich, zasugerowaną już w wyżej wspomnianym poście na Facebooku, będzie ostentacyjnie eksponowany krytycyzm wobec Novus Ordo Missae. Powiem nawet więcej: nie krytycyzm, a krytykanctwo. Zarówno obserwując dyskusje w Internecie, artykuły publicystyczne jak i odbywszy wiele rozmów ze „starymi” tradycyjnymi katolikami widzę, że cechuje ich osobliwe zacietrzewienie. Nie tyle preferują oni NFRR, co po prostu nie lubią NOMu, wyrażają zdegustowanie samym faktem jego istnienia. Część z nich lubuje się w wyszukiwaniu i demaskowaniu coraz to bardziej odrażających nadużyć liturgicznych z przeróżnych zakątków świata, które to rzekomo mają wskazywać na niegodność NOMu in toto. Internet pełen jest postów, filmików i komentarzy, w których często imiennie atakowane są osoby o swobodnym stosunku do liturgii. Choć pokorne upominanie takich osób jest właściwe, takim wypowiedziom zazwyczaj jednak bliżej do niekonstruktywnego hejtu i manifestacyjnego demonstrowania swojej prawowierności. Zdaje się, że „starzy” wybierają NFRR nie dlatego, że jest on dobry, tylko dlatego, że stanowi ostatnią godziwą deskę ratunku wobec „zepsutych” rytuałów nowej liturgii. Bardziej brzydzą się NOMem, niż kochają NFRR. Takie właśnie było moje odczucie po lekturze niektórych „starych” tekstów: nie tyle poczułem się zafascynowany starą Mszą, co czułem pewien dyskomfort psychiczny podczas uczęszczania na nową. Nie dostałem żadnych argumentów ani wprowadzenia do NFRR, zarzucono mnie zaś wiązanką tez, które miały wykazywać, że pod względem formy NOM jest nieakceptowalnym bublem.

Postawa druga: resentyment. „Starzy” tradycyjni katolicy często odwołują się w dyskusjach do czasów reformy liturgicznej. Ich debaty nieuchronnie ciążą ku latom 60. oraz 70. ubiegłego wieku, albo nawet i jeszcze bardziej zamierzchłym czasom. Są stale zapatrzone w dawno minione lata. Dyskusja o tym, czy NOM jest właściwą formą sprawowania liturgii sprowadza się niemalże do tego, w jaki sposób go wprowadzono i jakie wówczas podnoszono przeciw niemu argumenty; jest kwestią rozstrzygnięcia pewnego sporu historycznego. Ów resentyment przejawia się też w tym, że „starzy” niejako sami okopują się w twierdzy tradycji i tworzą wokół siebie bańkę środowiskową. Wielu zapatrzonych w przeszłość „starych”, właściwie nie zauważa fundamentalnych różnic pomiędzy współczesnością a czasami Soboru. Msza staje się tu nie liturgią dla współczesnych, a przedmiotem dość abstrakcyjnych i hipotetycznych dywagacji historycznych. Często towarzyszy temu zupełnie oderwana od faktów historycznych idealizacja stanu Kościoła w XIX i 1. poł. XX wieku („przed soborem to nie było tak źle, a równo wraz z soborem wchodzi kryzys”). Niebezpiecznie przypomina to narracje i sposób postępowania niektórych sekt. „Stary” tradycyjny katolicyzm wytworzył sobie własny obieg informacji, szczelną bańkę, który nieustannie upewnia go w słuszności obranej hermetycznej drogi, deprecjonując natychmiast wszystko to, co zmuszałoby do jej modyfikacji.

Podstawa trzecia: teoretyzowanie. Dla „starego” tradycyjnego katolika argumentowanie za NFRR nierzadko sprowadza się do kontrastowania rubryk, porównywania tekstów mszalnych, czytania papieskich zarządzeń, operowania na bardzo abstrakcyjnych pojęciach i niuansach. Poprzeczka intelektualna stawiana jest tu bardzo wysoko. Teksty Mszałów są analizowane w oderwaniu od praktyki ich wykonywania; są dla siebie własnym, kompletnym i samowystarczalnym światem. Podlegają refleksji tylko w kontekście innych tekstów, a niekoniecznie już szerszych realiów. Tradycyjna liturgia w taki sposób staje się jednak czymś właściwie nieosiągalnym dla prostych ludzi. Jawi się jako pewien perfekcyjny konstrukt ideowy i system pojęć, a nie żywa praktyka wiary i jej ekspresji. Przestaje być liturgią, aktywnym wyrazem wiary, a staje się tekstem w wąskim tego słowa znaczeniu. Pomija się też fakt, że liturgia rzymska ewoluowała na przestrzeni czasu i ta jej forma, którą obecnie znamy jako NFRR, to tylko jedno z rozlicznych jej odgałęzień i modyfikacji, które zaistniały na przestrzeni wieków. Innymi słowy: nie zauważa się, że Msza to nie tylko opisane na kartach ksiąg prezbiterium, a o jej kształcie i wartości bynajmniej nie decydują wyłącznie wydrukowane słowa Mszału, które nie zostały dane przed wiekami raz na zawsze przez samego Boga jako arcydogmat. „Starym” towarzyszy też często werbalny sztafaż mający ostentacyjnie manifestować ortodoksję katolicką – często określają siebie mianem „prawdziwych” czy też „rzymskich” katolików, tak jakby preferowanie NOM czyniło katolika „nieprawdziwym” albo „nierzymskim”. Podobnie z epitetowaniem adwersarzy jako „modernistów” – termin ten jest wygodną etykietką do określania wszystkiego, co nie mieści się w tradycjonalistycznym światopoglądzie. Aplikowany w podobny sposób, jak niektóre środowiska lewicowe używają miana „faszyzm” – obficie, ale raczej bez większego zrozumienia i powiązania z rzeczywistymi poglądami rozmówców.

Jaki jest natomiast „nowy” tradycyjny katolicyzm? Przede wszystkim dla niego NOM to już oczywistość. W przeciwieństwie do wielu „starych”, zazwyczaj „młodzi” zdają sobie sprawę, że NOM to fakt, który głęboko zakorzenił się w realiach eklezjalnych. Owszem, w czasach soboru, o których nieustannie dywagują „starzy”, był czymś nowym, jeszcze tylko ewentualnością. Teraz jednak stał się faktem, i to faktem przytłaczająco większościowym, właściwie bez możliwości odwrotu. Fakty można lubić lub nie, ale obrażanie się na nie jest infantylne. „Nowi” wiedzą, że są ledwie ułamkiem procenta Kościoła i nie zanosi się na to, by miało się to istotnie zmienić. Tradycja łacińska jest i pozostanie mniejszą lub większą, ale jednak mniejszością. To inne ruchy pobożnościowe nadają ton kościelnemu mainstreamowi. „Młodzi” nie mają jednak problemu z takim stanem rzeczy. Nie tracą czasu na krytykanctwo. Nie wybierają NFRR, bo NOM jest fatalny. Przeciwnie – widzą w NOM prawdziwą, ważną i godną Ofiarę Mszy Świętej. Rytuały starej formy jednak ich czymś szczególnie pociągają i intrygują. Choć i na NOM i na NFRR jest realnie obecny Chrystus, to jednak rytuały NFRR pomagają im lepiej zaangażować się duchowo w spotkanie ze Zbawicielem. Wśród równoprawnych form liturgii NFRR stanowi dla nich ich własną, która szczególnie do nich przemawia i pomaga im w rozwijaniu relacji z Bogiem.

Kwestia druga: dla „nowych” wybór NFRR nie jest wynikiem rozstrzygnięcia sporu historycznego, a uznaniem w nim dobrej odpowiedzi na potrzeby duchowe współczesnego człowieka. Niewiele tu zapatrzenia w przeszłość, a dużo właśnie rozeznania we współczesnych twardych realiach duchowej pustyni czasów postmodernizmu. Msza Trydencka, choć formowała się przez setki lat w procesie historycznych przemian, pozostaje dla nich jak najbardziej aktualnym antidotum na bolączki czasów współczesnych, co stanowi o jej szczególnej istotności. Dla „młodych” NOM jest faktem dokonanym, a nie jakąś ewentualnością do dywagacji. Można go lubić, można go nie lubić, ale finalnie jest tą właśnie zaaprobowaną przez Kościół formą sprawowania Mszy, na której uświęcają się miliony osób i która najprawdopodobniej zostanie już w Kościele na długie, długie lata, ewentualnie z jakimiś kosmetycznymi zmianami. Wielu z „młodych” miało wcześniej styczność z radykalnie innymi formami pobożności (np. charyzmatyczną), to jednak NFRR okazał się być dla nich najodpowiedniejszą, choć niekoniecznie jedyną. Rzadko też „nowi” okopują się w twierdzy. Nieczęsto w ogóle czuje się potrzebę wprowadzania sobie takich radykalnych rozgraniczeń, typu „od dziś chodzę tylko na NFRR”. Trudno w tym wypadku o mentalną izolację.

Kwestia trzecia, poniekąd już wyżej wspomniana: wybór NFRR nie wynika z teoretycznych dywagacji, a z realnego przeświadczenia o użyteczności tej formy modlitwy w żywym przeżywaniu wiary katolickiej. Niewiele jest tu abstrakcyjnych pojęć, niewiele rubrycyzmu (który jednak oczywiście nie może być zastępowany liturgicznym niechlujstwem). Ortodoksyjna treść teologiczna, stałość, piękno formy i wyraźny teocentryzm nie są wartościami samymi w sobie, ale wartościowym lekarstwem dla ludzi. Dba się o piękno liturgii, chce się ją poznawać i rozumieć. Rzadko kiedy jest jednak spotykana chęć nieustannego wertowania zaawansowanych tekstów z zakresu liturgiki. Nabywanie informacji nie jest równoznaczne z lepszym życiem liturgią, z byciem lepszym katolikiem. Liturgia rzymska jest cennym darem nie ze względu na swoje czysto intelektualne zaawansowanie, a na to, jak dzięki temu wyrafinowaniu praktycznie pomaga uświęcać ludzi. Piękno słów czy mądrość gestów jest tu konkretnym narzędziem, a nie punktem dojścia czy sztuką dla sztuki.

Ujmując zwięźle: „stary” tradycyjny katolicyzm jest raczej nastawiony bardziej radykalnie i wojowniczo. Często cechuje go też zwrócenie ku przeszłości, jako właściwemu punktowi odniesienia. Jest dość sztywnym zestawem poglądów, wykraczających poza same preferencje liturgiczne. Wiele z jego idei bazuje na zaawansowanych bezkompromisowych teoriach, dostępnych tylko dla hermetycznego grona wiernych. „Nowy” tradycyjny katolicyzm jest natomiast bardziej wyważony, traktuje starą liturgię jako istotną odpowiedź na problemy zupełnie współczesne, a nie rozwiązanie pewnych zagadnień o historyczną słuszność. Jego przedstawiciele zazwyczaj dużo bardziej optymistycznie patrzą na otaczającą rzeczywistość eklezjalną, choć przyznają tradycyjnej pobożności niedominującą pozycję w Kościele, proporcjonalną do rzeczywistej liczby wiernych, który preferują Mszę Trydencką. Zamiast wzywać do pełnego odwrotu Kościoła od NOM, dobrze czują się w roli dobrze zorganizowanej, stabilnej mniejszości wśród wielu form pobożnościowych uznanych przez Kościół.

Co bym sam, widzący siebie raczej w kręgu „młodego” tradycyjnego katolicyzmu, odpowiedział na pytanie: dlaczego chodzę na Mszę Trydencką? Wybieram ją dlatego, że dla mnie, współczesnego człowieka, jest ona tą formą pobożności, która najlepiej pomaga mi w dążeniu do Zbawienia. Nie uważam za kluczowe historyczne spory czy teoretyczne wywody. Nie czuję potrzeby radykalnego wprowadzania autoidentyfikacji jako „trads”. Jestem katolikiem i to jest najważniejsze – wszystko dalej to szczegóły. Msza Trydencka jest dla mnie wyrazem pełnej bliskości i szacunku ciszy, tak potrzebnej w zabieganym świecie. Stanowi dla mnie moment kontemplacji; doświadczenia ładu, piękna i harmonii wśród krzykliwej, płytkiej i kiczowatej codzienności. Wśród różnych chwiejności i błędów świata, stabilnie wyraża katolickie prawdy wiary, zarówno w treści jak i w formie. Przede wszystkim zaś jest dla mnie wyrazem radykalnego zwrotu ku dobremu Bogu, którego tak bardzo współczesnej kulturze brakuje. Klasyczny Ryt Rzymski bardzo dobitnie podkreśla Boży autorytet, który podkopywany jest w czasach relatywizmu. Mszę Trydencką cenię nie jako wyraz pobożności moich przodków, ale jako ten środek do komunii z kochającym Bogiem, który właśnie ma pomagać w stawaniu się świętym tu i teraz. Rozstrzyganie historycznych sporów liturgistów nie sprawi nagle, że dokona się dogłębne uwolnienie od problemów, które obecnie trawią katolicyzm. Okopywanie się w twierdzy, zacietrzewienie, krytykanctwo, ostentacyjne szastanie deklaracjami o ortodoksyjności czy nadmierne teoretyzowanie w oderwaniu od szerszych realiów współczesności są zaś tym, co wielu osobom, w tym mnie, długo przeszkadzało w odkryciu tego skarbu, jakim jest tradycyjna łacińska pobożność Kościoła. Tego typu postawy przyczyniają się do tego, że w szerszej opinii publicznej wciąż pokutuje bardzo negatywny stereotyp dotyczący tradycyjnych katolików. Dlatego też najwyższy czas, by zacząć promować tradycyjne formy pobożności w sposób pozytywny, pociągający pięknem i fascynującym przykładem.

Łukasz Kożuchowski

Fot.  Joseph Shaw