czwartek, 25 maja 2017

Joseph Shaw: Dlaczego nie zamierzam łajać tradycyjnych katolików

Byłem już niejednokrotnie krytykowany, gdyż, zamiast poddać się maoistycznej samokrytyce, broniłem katolików przywiązanych do tradycyjnej Mszy przed różnymi wyolbrzymionymi zarzutami i wskazywałem, że inne powszechnie znane grupy istniejące w łonie Kościoła mają te same cechy, jeśli nie gorsze,  Dziś mam zamiar rozwinąć ten temat.
Wszyscy jesteśmy grzesznikami i jeśli ktoś, kto czyta ten artykuł, zna historię o tradycyjnym katoliku, który był na bakier z nauką moralną Kościoła, nie mam zamiaru twierdzić, iż takie zjawisko nie występuje. Istnieje jednak kilka niebezpieczeństw związanych z taką samokrytyką, które powinny być oczywiste dla wszystkich. 


1. Taka samokrytyka jest powodowana narcyzmem i egocentryzmem. Szczerze mówiąc, osobiste zalety tradycyjnych katolików nie są zbyt istotne dla Kościoła jako całości. Po prostu pogódźmy się z tym, że nie jesteśmy aż tak ważni.

2. Utwierdza ona stereotypowe opinie o tradycyjnych katolikach, co samo w sobie jest szkodliwe. Dla mnie powiedzieć „Słyszałem tę krytykę i jest w niej prawda – tak [z udawanym żalem], jestem tradycyjnym katolikiem i jestem zgorzkniałym, wypełnionym nienawiścią faryzeuszem” implikuje coś nie tylko o mnie osobiście, ale o całej grupie: jest to oskarżenie względem innych tradsów, którego ja nie mam prawa rzucać.

3. Publiczna samokrytyka implikuje moralną wyższość. Tylko ludzie moralnie wyżsi są tak pokorni, żeby zaakceptować uszczypliwe uwagi jako Głos Sumienia. Zrobić to publicznie oznacza zadeklarować swoją wyższość publicznie. Jest to poważny paradoks, ponieważ jesteśmy oskarżani, między innymi, o uważanie się za lepszych. Jeśli w naszych oskarżycielach jest gram szczerości, współczucia czy nawet zdrowego rozsądku, reakcją, której będą od nas oczekiwać, nie będzie publiczną deklaracją pokory.

4. Ponadto, samokrytyka sugeruje, iż tradsi są do pewnego stopnia identyczni, co jest całkowicie fałszywe. Tradycyjni katolicy (dzięki Bogu) nie są członkami sekty. Nie przeszliśmy jakiegoś treningu, nie mamy środków, by wyegzekwować „dyscyplinę poglądów”, a niektórzy ludzie w typowej tradycyjnej wspólnocie dopiero niedawno zaczęli uczęszczać na Mszę – inni być może są tam po raz pierwszy. Nie mamy ze sobą nic wspólnego pod względem edukacji, doświadczenia życiowego, klasy społecznej czy pochodzenia etnicznego. Może być to szok dla niektórych ludzi, którzy oczekują, że dziś w każdym ruchu w Kościele i na Mszy „każdego rodzaju” (dla rodzin, dla studentów, dla cudzoziemców, itd. itp.), będzie uczestniczyć „pewien rodzaj katolików”. My nie jesteśmy „rodzajem katolików”: jesteśmy po prostu katolikami, którzy kochają starą Mszę. Wraz z nią przychodzi zainteresowanie tradycyjną duchowością, tradycyjnymi nabożeństwami i, ogólnie rzecz biorąc, ortodoksją. Jednak mamy bardzo różne osobowości i doświadczenia życiowe. Sugerowanie, że wszyscy jesteśmy, np. pesymistycznie nastawieni bądź powodowani dumą, lub że mamy określone gusta, oznacza dołożenie cegiełki w budowie  bezużytecznej bujdy. Ja sam zdecydowanie nie mam zamiaru przyłożyć do tego ręki.

5. Zorganizowanie kampanii PR-owej dla tradycyjnych katolików, by uczynić ten ruch bardziej atrakcyjnym, o ile to możliwe (a nie jest), przekształciłoby ten ruch w coś sztucznego. „Uwaga wszyscy! Idzie nie-trad, niech każdy się szeroko uśmiecha, niech nikt nie mówi o grzechu czy pokucie, niech nikt nie mówi o papieżu Franciszku! Będziemy mogli wyluzować, kiedy odejdzie…” Czy chcemy być tego rodzaju ruchem? Tak działają sekty. Słyszałem, że niektóre ruchy w Kościele też tak robią. Jeśli to prawda, jest to rzecz okropna. Oczywiście należy być uprzejmym i taktownym, ale nie sztucznym. W Kościele powinniśmy czuć się jak w domu. Nie powinniśmy być spięci, gdy rozmawiamy z innymi katolikami.

6. Angażowanie się w konkretny apostolat z pobudek czysto PR-owskich to uprzedmiotowienie cierpienia i potrzeb innych. Sugerowano już, że tradycyjni katolicy robią coś „dla biednych” w wyraźny i publiczny sposób, by odtrącić oskarżenia, że jesteśmy mniej zainteresowani sprawiedliwością społeczną niż powinniśmy. Jest to niegodna sugestia. Tradycyjni katolicy, jak wszyscy inni, rozglądają się dookoła, żeby zobaczyć jakie potrzeby otaczających ich istot są najpilniejsze i czym możemy się zająć przy pomocy swoich środków i umiejętności. Tradsi są niezwykle zaangażowani w ruchy pro-life i oświatę, i (co oczywiste) we wspieranie liturgii Kościoła na wszystkie możliwe sposoby. Sugerowanie, że ze względu na PR nie powinno się skupiać na tych zagadnieniach jest obrazą nie tylko dla tych dobrodusznych ludzi, którzy tak ochoczo poświęcają swój czas i środki dla bliźnich w ten konkretny sposób: jest to obraza dla ludzi, którzy skorzystaliby z działań bardziej nakierowanych na PR: są traktowani jako elementy kampanii reklamowej.

7. Publiczna samokrytyka przydaje wiarygodności oskarżeniom, które w wielu przypadkach są projekcją (ludzie oskarżają nas o to, czego sami boją się w sobie), a w innych przypadkach są krytyką samej tradycji. Czy mam Wam powiedzieć dlaczego pewni liberalni katolicy uważają, że tradsi mają, np. tendencję do łatwego osądzania? Ponieważ, po pierwsze, sami są tacy, wyrzucając wszystkich, z którymi się nie zgadzają do czarnej dziury. A po drugie, ponieważ uważają, że tradycyjna Msza i związane z nią nabożeństwa oraz duchowość wiążą się także z osądzaniem. Mogliby wszak powiedzieć: skoro Msza w formie nadzwyczajnej, z jej odniesieniami do grzechu, jest okropna i zachęca do łatwego wydawania sądów, z pewnością jedyni ludzie, którym przypadnie ona do gustu, sami będą okropni i będą łatwo wydawać osądy. W tej sytuacji powiedzenie „tak, być może jesteśmy trochę okropni i łatwo osądzamy” jest najgorszą możliwą odpowiedzią. Niektórym z nas może wydawać się aroganckie, by odrzucać takie zarzuty, lecz na takie oskarżenia powinno się odpowiedzieć: tak właściwie nie musisz być taki, żeby lubić tradycyjną Mszę, ponieważ tradycyjna Msza nie jest taka sama w sobie.

Podsumowując, o ile mogę być przez niektórych postrzegany jako przywódca, czy też wpływowa postać w ruchu tradycjonalistycznym, absolutnie nie jest moją rolą, by działać jako swego rodzaju stróż moralności. Jak wynika z punktu nr 3, krytykowanie innych tradsów (za wyższość i łatwość w sądach) oznacza właśnie zachowanie się w sposób (bycie wyższym i podejmującym łatwe sądy), który stanowi główny przedmiot krytyki. Koncepcja wedle której ruch tradycjonalistyczny powinien wykształcić w sobie klikę uczonych w piśmie i faryzeuszy kręcących się i pilnujących, by każdy był na odpowiednim poziomie, jest tak niedorzecznie szalona jako odpowiedź na nawał krytyki, która na nas spadła, że mogę jedynie zaapelować do zdrowego rozsądku ludzi zaangażowanych w tę debatę, żeby dojrzeli problem. To tylko wzbudza śmiech! Takie podejście jest zwyczajnie głupie, prawda?

Joseph Shaw
Autor jest prezesem Stowarzyszenia Mszy Łacińskiej Anglii i Walii
Zdjęcie: John Aron
Tłumaczenie: Marek Kormański