piątek, 24 marca 2017

Śmierć reformy reformy? - część 4 - Novus Ordo po łacinie?

W poprzednim wpisie stwierdziłem, że Mszał kompromisowy, zawierający to, co „najlepsze” z Formy Zwyczajnej i z Formy Nadzwyczajnej, mógłby okazać się czymś, co w efekcie nie pozwala wiernym uczestniczyć we Mszy ani w sposób tradycyjny, ani w ten właściwy dla Novus Ordo.

Pomysł, że można by ułatwić uczestnictwo w tradycyjnej Mszy Świętej poprzez dokonanie w niej pewnych zmian – używanie języka lokalnego, wypowiadanie cichych modlitw na głos, obrócenie kapłana „do ludzi” – opiera się na przekonaniu, że jest tylko jeden sposób sensownego udziału w niej, mianowicie uczestnictwo intelektualne, werbalne: zrozumienie liturgii poprzez dokładne, słowo po słowie, uchwycenie sensu wypowiadanych tekstów liturgicznych.


Tak jednak, dowodziłem, nie jest. Istnieje inny sposób uczestniczenia we Mszy Świętej, czyniący użytek ze znacznie szerszego repertuaru środków i pozwalający na komunikację nie tylko na poziomie werbalnym, lecz również na wielu poziomach niewerbalnych. Każdy, kto zna Mszę tradycyjną, wie, co znaczy Ecce Agnus Dei czy też Nobis quoque peccatoribus: te rzeczy działają na poziomie werbalnym. Możemy się zgodzić, że uzyskalibyśmy znacznie bogatszy komunikat tekstowy, tłumacząc wszystko na potoczny język angielski i stosując ten przekład w liturgii, to jednak zabiłoby poczucie sacrum i w efekcie doprowadziło do zubożenia całościowego przekazu, werbalnego i niewerbalnego, zamiast do jego wzbogacenia.

Przestrzegałem także, iż coś podobnego może nastąpić z drugiej strony. Jeśli celebruje się Novus Ordo a użyje się na przykład łaciny, natychmiast straci się wiele z tego uczestnictwa intelektualnego, werbalnego, dla którego Mszał z roku 1970 został stworzony. Czy w zamian za to wytworzy się poczucie sacrum? Być może, lecz cały ten ryt został z punktu widzenia sacrum ułożony niewłaściwie i dla większości katolików w ławkach kościelnych wcale nie będzie to jasne jak mieliby zaangażować się w sposób właściwy wobec niespójnych sygnałów, jakie płyną do nich z obrzędów i tekstów liturgicznych.

Rozważmy więc Novus Ordo po łacinie. Chodziłem na taką Mszę latami, zanim odkryłem Mszę tradycyjną. Podobnie jak wiele innych osób, odstręczały mnie natrętne wymagania zwykłej, nowej Mszy, by uczestniczyć w niej „aktywnie” na różne sposoby, a przekład angielski irytował. Łaciński Novus Ordo dawał odrobinę ulgi, ale sposób zaangażowania, do którego nas w nim zachęcano, był wciąż zanadto intelektualny. Wszyscy mieliśmy broszurki anglo-łacińskie, wszystkie słowa były wypowiadane na głos, z ewentualnym wyjątkiem Offertorium. (Tak naprawdę w Novus Ordo wciąż jeszcze pozostaje kilka wersów cichych modlitw kapłańskich, ale przeciętny wierny w ławce nawet ich nie zauważy). Do łacińskiego Kanonu przygotowywała nas typowa, „angażująca” Liturgia Słowa, po angielsku, z modlitwą wiernych, świeckimi lektorami itp., itd. A gdy tylko nastąpiła konsekracja, musieliśmy wypowiedzieć „aklamację eucharystyczną”. Nie było czasu na adorację w ciszy.

Dla mnie nowa Msza po łacinie stanowiła pewnego rodzaju przygotowanie do Mszy w formie nadzwyczajnej, która (według mojej wiedzy) nie była dostępna w miejscu, gdzie mieszkałem. Dała mi na przykład pojęcie o języku liturgicznym i zaznajomiła z niektórymi tekstami. Jednak zdawałem sobie sprawę, że choć ma ona w określonych kręgach swoich zwolenników, to większości katolików się nie podoba. A jej zwolennicy mają pewne łatwo rozpoznawalne cechy. Nie chcę tutaj zajmować się stereotypami, ale fakt faktem, że plagą angielskich parafii katolickich jest zjawisko „kolonizacji” poszczególnych Mszy niedzielnych przez różne grupy i klasy społeczne, które nie mieszają się ze sobą. Powiem tylko tyle, że łaciński Novus Ordo nie stanowi remedium na ten problem.

Novus Ordo po angielsku jest ćwiczeniem intelektualnym, ale bardzo łatwym. Novus Ordo po łacinie także stanowi ćwiczenie intelektualne, i to o wiele trudniejsze. Wielką pomocą jest znajomość choćby podstaw łaciny. Jeśli jej brak, wierny będzie wciąż męczył się, by odnaleźć właściwe miejsce w broszurce. Łatwo wówczas przyjąć założenie, że Msza tradycyjna, zawierająca przecież jeszcze więcej łaciny, znajduje się na tej samej osi, tylko znacznie dalej, gdy chodzi o stopień „trudności”. Nie chciałbym dyskredytować wysiłków tych, którzy przez dziesięciolecia utrzymywali przy życiu w Kościele tradycję liturgicznego języka łacińskiego, ale muszę to powiedzieć:

Novus Ordo po łacinie może bardzo łatwo odstręczyć ludzi od Mszy tradycyjnej.

Naprawdę, wiem, że tak się zdarza, znam osoby, o których można to powiedzieć. W dziewięciu na dziesięć przypadków, kiedy ktoś mówi o „elitarnej” liturgii, to swoje przeświadczenie opiera na łacińskim Novus Ordo.

Nowa Msza po łacinie może być pomostem między angielskim Novus Ordo a Mszą tradycyjną. Być może tak się stało w moim przypadku. Jednak dla innych osób może być czymś innym, czymś takim jak fałszywe światło postawione przy nabrzeżu przez złośliwców, by odstręczyć statki od latarni morskiej i przywieźć je do zguby. Może zniechęcić ludzi do całej idei Mszy łacińskiej w podobny sposób, jak nadgorliwi protestanci mogą ludzi zniechęcić do wszelkiej myśli o chrześcijaństwie.

W rzeczywistości tradycyjna Msza łacińska nie jest „trudniejsza”, a tym samym nie jest bardziej ekskluzywna. Łatwo sprawdzić samemu zasadność tej tezy, idąc kilka razy na Mszę niedzielną w formie nadzwyczajnej: wśród zgromadzonych znajdziemy zazwyczaj pełny przekrój społeczny i edukacyjny, i jeśli tylko pora celebracji nie uniemożliwia przyprowadzenia dzieci, zastaniemy ich tam mnóstwo. Dzieci nie skłamią: rozmawiając z nimi, można się przekonać, że są w stanie uczestniczyć w liturgii na właściwym dla nich poziomie. Znajomość łaciny jest oczywiście przydatna, ale jej brak nie stanowi dziś większej przeszkody w udziale w starej Mszy, niż kiedyś dla naszych przodków, a to po prostu dlatego, że Msza ta posługuje się całym spektrum środków werbalnych i niewerbalnych, by przezwyciężyć takie przeszkody w komunikacji.

Jeśli mamy mówić o przyszłości, o tym, co stanowiłoby jakąś szansę w pracy z większością zwykłych katolików, to reforma reformy oparta jest na wielkim błędzie. Błędem tym jest założenie, że można zachować to, co atrakcyjne w jednej formie Mszy, łącząc to z atrakcyjnymi elementami drugiej. Nie można, ponieważ one nie są ze sobą spójne. Jak już mówiłem we wcześniejszych wpisach z tej serii, i jak tego dowodziła seria Position Papers, w formie nadzwyczajnej komunikację niewerbalną ułatwiają właśnie te elementy, które utrudniają komunikację werbalną: język łaciński, cisza, modlitwa ad orientem etc. Próba poprawy komunikacji werbalnej w starej Mszy zniszczy to właśnie, co jest w niej pociągającego.
Podobnie, próbując wnieść w formę zwyczajną więcej „poczucia sacrum”, znacznie zredukuje się to, co stanowi jej główny atut: łatwość komunikacji werbalnej. Nie twierdzę, że nie należy próbować, mówię tylko, że trzeba przy tym zachować wielką ostrożność. Bardzo łatwo zamienić Novus Ordo we własnej parafii w coś, co dla przeciętnego wiernego będzie nieustanną serią wyzwań. Czy na przykład poważnie zechcemy wymagać, by wierni odpowiadali po łacinie według trzech różnych opcji, których zastosowanie nie bardzo da się przewidzieć („aklamacje eucharystyczne”)? Czy chcemy im uniemożliwić zaznajomienie się z Kanonem, podając cztery różne wersje (a teoretycznie o wiele więcej)? Chcemy, by zastanawiali się, czy mają przekazywać znak pokoju po łacinie (i co odpowiadać, Et cum spiritu tuo)?
Jeżeli szukamy czegoś, co przyciągnęłoby możliwie najszersze spektrum osób, to już to mamy w tradycyjnej Mszy Świętej. Prawdą jest, że niektórym nie podoba się, gdy uczestniczą w niej po raz pierwszy: próbują uczestniczyć w sposób ukształtowany przez Novus Ordo, a to nie wychodzi. Dlatego właśnie wymaga to nieco oswojenia się, i dlatego też ważne jest, by mówić o udziale we Mszy i zwalczać założenie, jakoby jedyną formą uczestnictwa było dosłowne zrozumienie intelektualne. Stanowczo nie jest rozwiązaniem próba przystosowania tradycyjnej Mszy łacińskiej, tak by umożliwiała tę formę udziału, gdyż przez to zniszczylibyśmy właśnie to, co chcemy rozpowszechnić.
W rzeczywistości znacznie więcej osób zdoła dostrzec sens starej Mszy po kilkukrotnym udziale w niej. Właśnie dlatego często tak dobre skutki przynosi odprawianie jej w parafii obok Mszy w formie zwyczajnej, tak że parafianie mogą przyjść na nią od czasu do czasu, spróbować, i stopniowo ją docenić. Gdyby taka była sytuacja w całym kraju, już następowałaby odnowa liturgii. Na razie jednak tylko maleńka mniejszość katolików ma w ogóle szanse uczestniczyć w starej Mszy.
Jutro, w poście kończącym tę serię, napiszę o innej opcji Reformy Reformy: o przejściowych księgach liturgicznych używanych w roku 1965.

Joseph Shaw
Tłumaczenie: Ewa Monika Małecka
Zdjęcie: Joseph Shaw