środa, 22 marca 2017

Śmierć reformy reformy? - część 3

W moim ostatnim artykule opisałem historyczny proces, który zaowocował liturgią systematycznie odzieraną z dramatyzmu, gestów, misterium, bojaźni i piękna. Pozostało ich jeszcze trochę w liturgii, lecz mniej niż wcześniej. Jednakże najważniejszą kwestią jest fakt, iż usunięcie tych komponentów nie było przypadkowe, lecz celowe i dobrze zorganizowane. Działano według reguły:
Msza Święta powinna być łatwa do zrozumienia.

Dramatyzm, poezja, wszystko co jest ukryte przed wzrokiem lub jest wyrażone w innym języku: te wszystkie rzeczy są oczywiście trudniejsze do zrozumienia. A któż może sprzeciwić się zasadzie? Reformatorzy założyli z góry, że mówimy o komunikacji werbalnej. Wyraźmy to zatem bezpośrednio:
Msza Święta powinna być łatwa do zrozumienia na poziomie komunikacji werbalnej.


Nagle ta zasada wygląda na mniej oczywistą. Czy jest możliwe, żeby to, co jest łatwiejsze do zrozumienia na poziomie werbalnym, było rzeczywiście trudniejsze do zrozumienia lub, używając innego terminu tak lubianego przez liturgistów, mniej wymowne, biorąc pod uwagę jednocześnie werbalne i niewerbalne formy komunikacji? Oto co zaobserwował o. Aidan Nichols OP (Looking at the liturgy, str. 59):
Dla socjologa wcale nie jest oczywiste, że krótkie, oczywiste ryty mają większy potencjał do przemiany dusz niż złożone, bogate, głębokie, pełne splendoru, długie ryty okraszone rozbudowanym rytuałem.

Omawiana kwestia ujęta w ten sposób staje się chyba wystarczająco jasna. Jest zupełnie prawdopodobne, iż starania, by uczynić Mszę Świętą bardziej wymowną na poziomie werbalnym, miały tak szkodliwy wpływ na jej niewerbalny aspekt, że koniec końców otrzymaliśmy coś, co jest mniej zrozumiałe pod każdym względem.

Chciałbym podkreślić, że używam tu wyrażenia „komunikacja werbalna” w bardzo wąskim, intelektualnym sensie. Kiedy czytamy wiersz lub oglądamy sztukę, mamy do czynienia ze słowami, lecz efekt, jaki słowa na nas wywierają jest szerszy i bardziej skomplikowany niż czysto intelektualny efekt, którego chcieli reformatorzy. Możemy docenić rzeczy, których nie rozumiemy w pełni – wiersz do pewnego stopnia niezrozumiały może mieć dla nas ogromne znaczenie – lecz reformatorzy chcieli, żebyśmy rozumieli każdą sylabę. To dlatego w tłumaczeniu Mszału z 1974 roku, nie chcieli słyszeć:  „wziął ten przesławny Kielich w swoje święte i czcigodne ręce” (czyli tego, co mówi Kanon Rzymski) i woleli: „wziął kubek” (w wersji angielskiej „He took the Cup”).

Istnieje jeszcze jeden aspekt, w który nie chciałbym się zagłębiać, ale również nie chciałbym go zignorować. Wspomina o nim socjolog Anthony Archer: rytualna skuteczność. Ludzie cieszyli się, idąc na nabożeństwo, podczas którego nie mogli dojrzeć co się działo lub zrozumieć (czy nawet usłyszeć) słów między innymi dlatego, gdyż wszystko to mówiło im, że coś ważnego dzieje się na Ołtarzu. Tej postawie przeciwstawia „tych, którzy uważali sacrum jako coś otrzymanego na drodze uczestnictwa, a nie rytualnej skuteczności”. Novus Ordo nie zachęca nas w taki sposób jak tradycyjna liturgia, żeby ujrzeć sens Mszy jako zdumiewające ukazanie się Pana naszego Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie i Jego ofiarowanie się Ojcu, rzecz z którą możemy zjednoczyć się duchowo.

Jednakże, wracając do problemu reformy reformy: Novus Ordo jest nakierowany na  werbalne zrozumienie. Może mu brakować innych przymiotów – ludzie spod znaku Reformy Reformy (RR) wyrażają się właśnie w tym tonie – lecz w kategorii zrozumienia liturgicznych tekstów trzeba przyznać, że jest dość udany. Są one czytane prawidłowo, wyraźnie, zazwyczaj z dobrą intonacją, w ojczystym języku danej grupy wiernych (przynajmniej u tych, których językiem ojczystym jest jakiś popularniejszy język i którzy mieszkają tam, gdzie jest to język ojczysty); słownictwo (przynajmniej do czasów nowego tłumaczenia) nie jest wymagające. Tak, otrzymujemy przekaz na intelektualnym, dosłownym poziomie.

Powiedzieć, że Vetus Ordo działa na innym poziomie, to rzecz oczywista. Nie można nawet usłyszeć najważniejszych zdań – są wypowiadane po cichu. Gdyby nawet ktoś mógłby je usłyszeć, są po łacinie. A jednak, w jakiś sposób, ma on swoich zwolenników. Przekazuje coś, nie pomimo tych barier dla komunikacji werbalnej, lecz za pomocą właśnie tych rzeczy, które stanowią wyraźną przeszkodę dla tej formy komunikacji. Cisza i łacina są właśnie jednymi z najefektywniejszych środków zastosowanych w Vetus Ordo by przekazać to, co przekazuje: mysterium tremendum, oszałamiającą rzeczywistość Boga uobecniającego się w liturgii.

Jeśli uczyni się Novus Ordo niezrozumiałym na poziomie werbalnym lub zabierze się z Vetus Ordo łacinę oraz ciszę, nie stworzy się idealnej liturgii. Raczej jest to przepis na katastrofę: stworzenie groteskowej hybrydy, która nie działa na żadnym poziomie.

Jednak trzeba wyjaśnić, że nie jest to kwestia równowagi, jakiegoś kompromisu. Po pierwsze, jako że cały współczesny ryt został opracowany tak, żeby być całkowicie zrozumiałym, co jest przeciwieństwem tajemnicy, jest się na przegranej pozycji, jeśli chce się próbować stworzyć poprawioną formę Formy Zwyczajnej, która będzie przepełniona tajemnicą. Ta zasada działa także w drugą stronę: ponieważ teksty Formy Nadzwyczajnej nie były przewidziane do czytania na głos (w wielu przypadkach), ani też w językach narodowych, są one zbyt długie i zbyt skomplikowane pod względem pojęciowym i gramatycznym, żeby wywierać pożądany wpływ na poziomie werbalnym.

Po drugie jednak, i co ważniejsze, dwie formy uczestnictwa implikują dwa, niezgodne ze sobą, rodzaje postawy ze strony wiernych. Na podstawie teorii uczestnictwa, która jest fundamentem całej reformy liturgicznej, trzeba spijać każde słowo i uczestniczyć w liturgii jak najwięcej poprzez aklamacje, odpowiedzi, podawanie rączek, itd. Na podstawie tradycyjnego uczestnictwa liturgicznego trzeba angażować się w sposób kontemplacyjny, duszą i sercem, podczas gdy przepojone tajemnicą rytuały mają miejsce w prezbiterium.

Wierni potrzebują czasu, by oswoić się z odpowiednią postawą. Obydwie wymagają formacji, a gdy ktoś jest już uformowany w duchu jednej z nich, nie można tak łatwo przerzucić się i zaangażować w liturgię w drugiej formie. Co jest jeszcze bardziej oczywiste, nie można oczekiwać, że ludzie (jak sugeruje ciżba spod znaku reformy reformy) będą przeżywać liturgię na jeden sposób przez połowę Mszy, a następnie przerzucą się na drugi w drugiej połowie: nie da się mieć wylewnej, trafiającej do naszych emocji (ang. touchy-feely) „Liturgii Słowa” w języku ojczystym, po której nastąpi Kanon, pompatyczny i uroczysty niczym Mojżesz schodzący z Synaju z tablicami przykazań.

Jest to ważne, gdyż wyjaśnia dlaczego niektórzy ludzie (nie wszyscy) mogą czuć się trochę niekomfortowo, uczęszczając na „formę” Mszy Świętej, do której nie są przyzwyczajeni. Na przestrzeni lat nauczyli się angażować w liturgię na sposób, który jest dla nich duchowo satysfakcjonujący – a przynajmniej zadowalający – i kiedy przychodzą na liturgię w tej drugiej formie (bez względu na tę, którą mamy na myśli), odkrywają, że to nie działa. Są sfrustrowani, wychodzą z kościoła niezadowoleni.

Żeby zilustrować tę kwestię wystarczy przypomnieć sobie jak wyglądał rozwój ruchu liturgicznego, który opisałem w ostatnim artykule. Do początku lat pięćdziesiątych, nacisk ze strony liturgicznych ekspertów na werbalne zrozumienie był ogromny, ale Msza, która wtedy istniała, nie była dostosowana do tej formy zaangażowania. Dwie starsze panie – dzisiaj jedna jest podporą tradycyjnego katolicyzmu, a druga liderką ruchu liberalnego –wyjaśniły mi, każda z osobna, dlaczego ochoczo przyjęły  Novus Ordo: jako młode kobiety próbowały śledzić każde słowo w swoich mszalikach i odczuły wielką ulgę, kiedy nie było to już konieczne – mogły zrozumieć liturgię od razu, ponieważ była po angielsku. Była to szczególna ulga dla tych, którzy w tamtym czasie mieli dzieci: opiekowanie się nimi podczas Mszy Świętej uniemożliwiało skupienie się na tekście w mszaliku. Liturgiczna formacja tych pobożnych niewiast – obydwie wywodziły się z katolickich rodzin z klasy średniej, były wychowane w wierze katolickiej i dobrze wykształcone – przygotowała je na Novus Ordo. Próbowały zaangażować się w tradycyjną liturgię w sposób, który niezbyt do niej pasował. Są one przedstawicielkami wykształconych ludzi pośród katolików w przededniu Soboru.

Nie jestem przeciwny mszalikom dla wiernych. Czytanie i rozumienie tekstów może być wielce pomocne, a książki i komentarze ruchu liturgicznego odsłaniające bogactwa starożytnej liturgii są doniosłym osiągnięciem, z którego owoców każdemu polecam korzystać. Jednak większość osób, które uczęszczają na tradycyjną liturgię, odkładają książki w pewnym momencie i przestają martwić się o to, czy ksiądz odmawiający Kanon jest na tym czy kolejnym akapicie. Wiedzą, że dzwonki przygotują ich na Konsekrację. Są oni dobrze opisani przez ks. Bryana Houghtona, wspominającego wiernych sprzed Soboru (Mitre and crook, str. 44):

„Niektórzy trwają w rozmodleniu przez moment, ale szybko się poddają; inni przeglądają modlitewnik bez większego przekonania; jeszcze inni bezrefleksyjnie błądzą palcami po różańcu; większość po prostu siada i klęka, i daje się wypełnić pustką. Oczywiście, mają swoje rozproszenia, ale na tyle, na ile mogą, są świadomi tego, co robią.
Stan modlitwy przytłaczającej większości wiernych można nazwać «prostym szacunkiem».
(…) ludzka działalność jest ograniczona do minimum. Wtedy następuje cud. W najgłębszym zakątku ich dusz, nieuchwytnym nawet dla nich samych, Duch Święty zaczyna powoli wznosić okrzyki «Abba, Ojcze» lub, po konsekracji, miękkie wezwania Świętego Imienia «Jezu, Jezu». Adorują, a raczej to Duch Święty adoruje w nich.”

Kilka dokumentów jest istotnych dla tej serii artykułów i można zobaczyć je wszystkie na stronie Federacji Una Voce. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na:
(wydanie polskie FIUV Positio, w tym tłumaczenia tych tekstów znajdziemy na: http://www.unacum.pl/p/positio.html )


W następnym artykule opiszę implikacje jakie mają te kwestie dla przyszłego rozwoju liturgii.

Joseph Shaw

Tłumaczenie: Marek Kormański
Zdjęcie: Joseph Shaw
Źródło