wtorek, 28 lutego 2017

Śmierć reformy reformy? - część 1

Peter Kwasniewski na stronie New Liturgical Momement napisał bardzo dobry artykuł łączący kilka niedawno opublikowanych tekstów kapłanów powiązanych z „Reformą Reformy”. Ks. Thomas Kocick, ks. Mark Kirkby i ks. Hugh Somerville-Knapman, niegdyś oddani temu wielkiemu dziełu jakim miała być „Reforma Reformy” Novus Ordo, doszli do wniosku, że projekt ten po prostu jest daremny z powodu fundamentalnych problemów w samym Novus Ordo, które czynią taką reformę niemożliwą.

Aby to wyjaśnić trzeba zapytać czym jest RR (Reforma Reformy) i co próbowali owi kapłani osiągnąć. Poprzez odmawianie Novus Ordo z jak największą czcią oraz używanie najbardziej tradycyjnych dostępnych opcji, takich jak łacina, celebracje ad orientem itp. mieli oni nadzieję stworzyć doświadczenie liturgiczne, które miałoby więcej wspólnego z Mszą trydencką. Spodziewali się i  nawoływali (w długiej serii książek) o zmiany w mszale, które dawałyby jeszcze więcej tradycyjnych opcji (takich jak stare modlitwy offertorium), a nawet odwołanie niektórych ze zdecydowanie nietradycyjnych opcji (takich jak niektóre modlitwy eucharystyczne). Czasem nawet wyczekiwali połączenia tych dwóch rytów w jakiś rodzaj kompromisowego mszału. Celem tego ćwiczenia jest przywrócenie celebracjom czegoś co jest często nieobecne w Novus Ordo, coś co zostało odnotowane przez papieża Benedykta jako specyfika Vetus Ordo: poczucie sacrum.

Rekomenduję czytelnikom przejrzenie postów na portalu the New Liturgical Movement oraz interesujących komentarzy pod tym postami. Nie jest moim celem powtórzenie tego co już zostało tam napisane. 

W przeszłości zwróciłem już uwagę na praktyczny i duszpasterski problem RR: pomimo tego co nieprzerwanie twierdzą jej orędownicy, trudniej jest narzucić Reformę Reformy parafii, niż wprowadzić tam Mszę trydencką.

Argument jest prosty: jeżeli ksiądz w typowej parafii Novus Ordo pozbędzie się ministrantek, przeniesie ołtarz tak, aby móc odprawiać mszę ad orientem i wprowadzi trochę łaciny, to rozpęta on parafialną wojnę, którą prawie na pewno przegra. Jeżeli natomiast wprowadzi on Mszę trydencką o jakiejś innej godzinie, to może nie spodoba się to jego wrogo nastawionemu dziekanowi i biskupowi, ale bardzo prawdopodobnie na krótką i średnią metę uda mu się jakoś z tego wywinąć (choć oczywiście na długą metę może on zostać po prostu przeniesiony). Zostało to wielokrotnie potwierdzone. Wielu komentatorów na stronie New Liturgical Movement musi uwolnić siebie z iluzji, że RR jest łatwą opcją.

Chciałbym przedstawić inną ideę. Pomimo że jestem za łaciną, modlitwą ad orientem i wszystkim co RR promuje, to wydaje mi się jasne, że trudność narzucenia tego Novus Ordo nie jest tylko sprawą parafialnych przyzwyczajeń. Problem ze słowami i obrzędami Mszy, w sensie próby zbliżenia ich do Mszy trydenckiej, nie jest tylko kwestią ilości koniecznych zmian, które trzeba by wykonać. Problem polega na tym, że Novus Ordo ma swój własny etos, rozumowanie i duchowość. Zawiera w sobie własne, odrębne rozumienie tego, na czym polega liturgiczne uczestnictwo. Słowa i obrzędy Mszy Novus Ordo zostały stworzone po to właśnie, by promować takiego rodzaju rozumienie uczestnictwa. Jeżeli włożymy tam łacinę, ad orientem, a w szczególności jeżeli byśmy zaczęli używać rzeczy w tym czasie niedozwolonych (jak cichy kanon) to podkopalibyśmy ten rodzaj uczestnictwa, dla jakiego Novus Ordo został stworzony.

A to znaczy, że w promowaniu czegoś, co jest w zasadzie kompromisem pomiędzy dwoma mszałami, leży niebezpieczeństwo porażki wskutek wyboru czegoś, co jako kompromis, nie oddaje właściwie żadnej z tych opcji. W kolejnej części dodam do tego zarysu więcej szczegółów.

Joseph Shaw
Źródło
Tłumaczenie: Łukasz Kasprzak
Fot. Joseph Shaw