wtorek, 31 stycznia 2017

ks. Karaś : Zrozumieć niezrozumiałe


Jednym z najczęstszych zarzutów wysuwanych przeciwko mszy trydenckiej jest ten, że skoro jest ona sprawowana po łacinie, to z pewnością nikt nic z niej nie rozumie. Wobec tak sformułowanej krytyki, warto na początku zastanowić się, co w ogóle znaczy rozumieć Mszę Świętą. Czy jeśli rozumiem każde słowo wypowiadane w czasie liturgii, to czy oznacza to, że pojąłem już w wystarczający sposób, czym jest Eucharystia.

Podstawową kwestią, którą należy rozumieć, uczestnicząc we Mszy Świętej, jest ta, że przez nią biorę udział w sprawowanej na sposób bezkrwawy Ofierze Jezusa Chrystusa, którą On sam składa na krzyżu za moje grzechy. Czy do rozumienia tej prawdy konieczne jest jednoczesne dosłowne rozumienie każdego wypowiadanego przez kapłana słowa? Można mieć wobec powyższego uzasadnione wątpliwości. Zobaczmy, że we wszystkich kościołach Msza Święta sprawowana jest powszechnie w językach narodowych. Każdy wierny, rozumie każde wypowiadane w czasie niej słowo. Dlaczego zatem dzieje się tak, że dramatycznie spada świadomość tego, w czym się uczestniczy? Przecież wszyscy wszystko rozumieją. Owszem, słowa tak, ale sensu już nie. To jest trochę tak, jak w pewnym powiedzeniu, bardzo popularnym w mojej rodzinie, że każdy wszystko „rozumie, tylko pojąć nie może”.

Wypływa stąd prosty wniosek, że gdyby literalne rozumienie wypowiadanych słów było tożsame z ich pojęciowym, czy w przypadku liturgii, mistagogicznym rozumieniem, każdy uczestnik liturgii sprawowanej w języku ojczystym, co do zasady rozumiałby jednocześnie, w czym uczestniczy. Tak jednak niestety nie jest.

Jestem nauczycielem religii w jednym z liceów. Kiedy tłumaczę uczniom, że Msza Święta to nie tylko wspominanie ofiary Pana Jezusa na krzyżu jako wydarzenia historycznego, ani nawet jej powtórzenie, ale że jest to sakramentalne uobecnienie tej ofiary, tak że kiedy sprawowana jest Eucharystia, to wówczas niemalże stoimy pod krzyżem, na którym w tym momencie umiera za nas Chrystus, to tylko widzę, jak uczniowie coraz szerzej otwierają oczy, zapewne zastanawiając się, czy aby na pewno słyszą to, co słyszą. Dzieje się tak, ponieważ coraz częściej oni po prostu o tym nie wiedzą. A przecież tyle razy uczestniczyli we Mszy Świętej, tyle razy słuchali tych samych świętych tekstów, wygłaszanych im w zrozumiałym przecież dla nich języku – niektórzy z nich znają nawet całe passusy wyjęte z nigryków mszy na pamięć. Ale jednocześnie niejednokrotnie nie rozumieją tego, czym Eucharystia jest w swojej istocie, a przynajmniej nie widać tego po podejmowanych przez nich wyborach życiowych.
Oczywiście nie można uogólniać. Nie wszyscy uczestnicy mszy, nie rozumieją tego, w czym biorą udział. Chcę jednak pokazać bardzo prosto, że wprowadzenie języków narodowych do liturgii wcale nie rozwiązało problemu rozumienia Mszy Świętej. Mowa ojczysta oczywiście jest w stanie nam w tym pomóc, jest w stanie podprowadzić do istoty danych tajemnic wiary, ale tylko te osoby, które naprawdę chcą z tego skorzystać. Tych, którzy się zaangażują. Nie można z kolei zgodzić się z tym, że skoro msza jest po polsku, to problemu nie ma, bo wszyscy wszystko doskonale rozumieją.

W zasadzie problem tak naprawdę nie leży w samym języku, ale w katechezie, w tym że w tzw. międzyczasie cała mistagogia świętych obrzędów zniknęła gdzieś z homilii, ze spotkań młodzieżowych, z sal szkolnych. Nie jest też rozwiązaniem, że jeśli się czegoś nie rozumie, to trzeba to usunąć lub koniecznie zamienić na coś innego, jak chciałby tego dzisiejszy świat. Taką mamy obecnie mentalność. Natomiast, jeśli się czegoś nie rozumie, to trzeba to komuś zwyczajnie wytłumaczyć. Musimy nieustannie przypominać wiernym prawdę dotyczącą Eucharystii, prawdę o realnej obecności, o tym, że Eucharystia jest sakramentalnym uobecnieniem męki i śmierci Jezusa Chrystusa. Jeśli każdy będzie o tym pamiętał przychodząc na mszę, to niezależnie od tego, w jakim języku będzie sprawowana, będzie mógł powiedzieć, że istotnie rozumie, w czym uczestniczy.

Kolejnym zarzutem wobec łaciny jest to, że nie pozwala ona wiernym czynnie uczestniczyć we mszy świętej. Pominę fakt, że wierni, którzy przychodzą na sprawowane przeze mnie msze trydenckie całkiem zgrabnie potrafią wspólnie wyrecytować po łacinie nawet niedzielne wyznanie wiary. Wielu księży zajmujących się tradycyjnym duszpasterstwem zauważa także, że nie ma żadnego problemu z włączaniem się wiernych chociażby w śpiew ordynarium mszy, gdzieniegdzie zaś też proprium mszalnego. Ktoś wysunął kiedyś nawet taką hipotezę, że gdyby msze w parafiach przed Soborem wyglądały tak, jak wyglądają obecnie w środowiskach, które skupiają się wokół liturgii w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego, to wówczas żadna reforma liturgiczna nie byłaby wcale potrzebna. Nie chcę jednak wchodzić w dyskusję na temat reformy i jej zasadności, gdyż nie ona jest tutaj najważniejsza, ale raczej samo rozumienie tego, czego od liturgii oczekiwał ostatni Sobór, szczególnie wtedy, gdy postulował „czynne uczestnictwo” wiernych, o którym czytamy w Sacrosanctum concilium.

Trzeba powiedzieć wyraźnie, że pojęcie participatio actuosa wcale nie jest oryginalnym pomysłem Soboru Watykańskiego II, jak powszechnie uważa się w pewnych kręgach. Wyrażenie to wprowadził na stałe do myśli teologicznej już na początku XX w. św. Pius X w swoim motu proprio Tra le sollecitudini poświęconym muzyce kościelnej. Wynika z niego, że czynny udział w liturgii to nie koniecznie to samo, co wspólne wstawanie, klękanie, recytowanie określonych tekstów czy bardziej aktywne zewnętrznie angażowanie się w przebieg liturgii eucharystycznej. Zdaniem papieża z definicji czynny udział w liturgii oznacza wszystko to, co stanowi „źródło” służące „rozkwitowi” i „utrzymaniu” ducha „prawdziwie chrześcijańskiego”. Jeśli więc spojrzeć na pojęcie czynnego uczestnictwa zgodnie z paradygmatem hermeneutyki ciągłości, Soborowe wezwanie do czynnego uczestnictwa wcale nie musi oznaczać wprost pewnych zewnętrznych form udziału w zgromadzeniu wiernych, musi natomiast oznaczać zawsze duchowe, czyli wewnętrzne zaangażowanie, polegające na współuczestnictwie w tym, czym Eucharystia jest sama w sobie, a więc na świadomym uczestnictwie w męce Chrystusa. Łączy się to wyraźnie z tym, co powiedziałem wcześniej na temat podstawowej prawdy skrywanej pod gestami i formułami liturgicznymi: Msza Święta jest uobecnieniem ofiary krzyżowej Chrystusa, a zatem uczestniczyć w niej czynnie, oznacza przede wszystkim duchowo, wewnętrznie łączyć się z tym wydarzeniem z zachowaniem pełnej świadomości tego, w czym bierze się udział. A nie siedzenie na mszy jak na tureckim kazaniu.

Oczywiście, ktoś podpowie nam za chwilę zasadę, że to, co w sercu, wyraża się też na zewnątrz. Owszem, tyle że nie będzie to oznaczać z automatu, że nasze zewnętrzne, efektowne zaangażowanie w liturgię jest zawsze przejawem wewnętrznego, efektywnego udziału w ofierze Chrystusa. I odwrotnie. Bo przecież sposób wyrażania na zewnątrz tego, co przeżywa się duchowo może przybierać różne formy. Nie musi być „żywe” czy „ekspresyjne”. Do mnie osobiście pewne zewnętrzne sposoby manifestowania pobożności, znane z niektórych wspólnot religijnych, w ogóle nie przemawiają. I takich ludzi jest więcej. Natomiast wielu współczesnych duszpasterzy pomija pewną podstawową prawdę antropologiczną, dotyczącą tego, że ludzie są różni. Nie wszystkich przybliża do Boga radosny śpiew, klaskanie czy taniec, nawet jeśli jest to młodzież, która obecnie jest już zupełnie inna niż w latach 80-90. A często takich ludzi, innych charakterologicznie, traktuje się z góry jako „zamkniętych na działanie Ducha Świętego”, choć w rzeczywistości mogą być na Niego otwarci o wiele bardziej niż nie jeden taki z pozoru „rozradowany w Duchu Świętym”.

Zawsze zastanawiam się, dlaczego w niektórych kapłanach wykształtowała się postawa odrzucania mszy trydenckiej z zasady. Wydaje się, że duszpastersko pożądane są wszystkie metody pracy z wiernymi, które spełniają dwa podstawowe warunki: są zgodne z nauką Kościoła – a nie ma chyba niczego bardziej z nią zgodnego niż katolicka msza – i po drugie, pomagają ludziom zbliżyć się do Boga. Jeśli więc msza trydencka pomaga wiernym zbliżać się do Boga i przez to uświęcać, co jest jednym z celów liturgii samej w sobie, a przy tym towarzyszy jej odpowiednia katecheza chroniąca przed wypaczonym jej rozumieniem, to już naprawdę nie wiem, w imię czego ludziom się jej odmawia.

Na marginesie zaznaczam przy tym jeszcze raz, że bardzo ważna jest tutaj katecheza, gdyż tak jak do różnych grup charyzmatycznych tak i do wspólnot tradycyjnych bardzo chętnie dołączają się przy okazji ludzie o niekiedy niezrozumiałych, nie mających oparcia w nauczaniu Kościoła przekonaniach religijnych.

Oczywistym jest, że liturgia według usus antiquor nie do wszystkich przemawia od razu. Z pewnością dlatego, że jest ona również swego rodzaju stylem czy też sposobem przeżywania liturgii odmiennym od tego, jaki znamy powszechnie z naszych kościołów. Odważyłbym się nazwać go dosłownie przeżywaniem według ducha Golgoty. Kiedy sięgniemy do opisu męki Pańskiej, spostrzeżemy, że stojący pod krzyżem bohaterowie biblijni, byli niemymi świadkami ostatnich chwil życia Chrystusa. Ich udziału w tym wydarzeniu zbawczym z pewnością nie można by określić mianem „czynnego uczestnictwa” w powszechnie przyjętym popularnym rozumieniu tego określenia. Jednakże nie ma wątpliwości, że było to uczestnictwo głębokie i czynne w pełni tego słowa znaczeniu, czy też, szczególnie w przypadku Maryi, wręcz współuczestnictwo. Mimo panującej tam ciszy i pozornego braku zaangażowania.

Jeśli mowa już o ciszy, to tak naprawdę to całe mnóstwo łaciny, o które się tu rozchodzi, bardzo często w samym przebiegu mszy trydenckiej jest po prostu skryte przed wiernymi za tzw. „ikonostasem Zachodu”, którym jest święte milczenie Kanonu. Dzieje się tak właśnie po to, aby wiernym dać możliwość zgłębienia tajemnicy, w której biorą udział, by dać im możliwość skupienia myśli i prawdziwie pełnego, także duchowego, zaangażowania w tajemnicę odkupienia. Obecnie można czasami odnieść wrażenie, że liturgia w usus recentior jest przegadana, a z całą pewnością jest w niej proporcjonalnie mniej ciszy niż w liturgii trydenckiej. Nawet te krótkie pauzy przed aktem pokuty, oracjami, po słowie Bożym czy po komunii nie są w stanie wielu wiernym zrekompensować tego, co mają w nadzwyczajnej formie. A z pewnością w czasie Mszy Świętej potrzeba też czasu na refleksję nad tajemnicami wiary. Uświadamiają nam to bohaterowie spod krzyża, którzy z pewnością rozumieli, w czym uczestniczą, choć może nie do końca, dlaczego odbywa się to w taki a nie inny sposób.

I tu pojawia się pewien wątek bardzo ważny dla mnie osobiście. Otóż pragnę podzielić się z wszystkimi tym, że liturgia sprawowana po łacinie nauczyła mnie w pewnym sensie także pokory w podejściu do kwestii samej wiary. W wierze mamy bowiem wiele różnych prawd objawionych, mniej lub bardziej pojmowalnych rozumowo, jak też i wiele zasad moralnych, które nie zawsze można prosto zastosować w życiu codziennym. Gdy współczesny człowiek czegoś w swojej wierze nie rozumie, nie umie sobie tego logicznie wytłumaczyć, często się wobec takiej wiary dystansuje, traci pewność a czasami może nawet z taką wiarą zrywa.

Należy natomiast pamiętać i o tym przypomniała mi msza trydencka, że wiara nie jest tylko zbiorem pewnych religijnych tez, które można przyjąć lub odrzucić, ale wypływa przede wszystkim ze spotkania z Bogiem, który nam się objawia przez te prawdy. Jeśli ja wiem, że Bóg jest kimś z definicji najdoskonalszym, kimś, kto nie chce mojej zguby, ale mojego szczęścia, to jeśli mi coś objawia, to ja przyjmuję to na zasadzie jego autorytetu, ze względu na Niego samego, jako coś dla siebie najlepszego. Zaczynam Bogu ufać, zawierzam Mu, nawet wtedy, gdy do końca nie rozumiem tego, dlaczego w moim życiu musi być właśnie tak a nie inaczej. W wierze w rzeczy samej mamy prawo pytać i dociekać rozumem poszczególnych prawd wiary, na ile to tylko możliwe, ale pod warunkiem, że najpierw żyję w prawdziwej zarzyłości z Chrystusem, gdyż wówczas pewne niezrozumienie czy nieumiejętność dopatrzenia się logiki w konkrecie dogmatu nie będzie wystawianiem mojej wiary na próbę.


To właśnie pozwoliła mi zrozumieć liturgia trydencka, właśnie ta sprawowana w pozornie niezrozumiałym języku. Bóg daje mi się poznać, ale mimo tego, zawsze pozostaje dla mnie pewną tajemnicą, której nie jestem w stanie do końca zgłębić. Łacina jest tu symbolem tego, co jest człowiekowi w Bogu nieznane i tajemnicze. Uczestnicząc w liturgii, wiem, że Chrystus za mnie umiera z miłości. Dlatego ufam mu, łącząc się z Jego ofiarą, zawierzam mu całe swoje życie. Tak jak pod krzyżem niewiasty i Jan uczestniczą w dziele zbawienia, może nie rozumiejąc, dlaczego dokonuje się ono na sposób tak nielogiczny, niedorzeczny czy wręcz gorszący, tak jak w życiu codziennym, wiem, że Bóg mnie kocha, a jednocześnie doświadczam w nim pewnych trudnych rzeczy, takich jak choroby, cierpienia, samotność, które nie zawsze jest mi z tą miłością łatwo uzgodnić, tak też i uczestnicząc w liturgii w starym stylu wiem, czym ona jest w swej głębi, mimo że słyszę w niej słowa wypowiadane w niezrozumiałym dla mnie wprost języku. Nie są to jednak słowa nieznane, „których by dźwięku nie usłyszano” (Ps 19, 4). To słowa, które uczą mnie, że w wierze nie wszystko trzeba rozumieć od razu i w każdym szczególe, że wszystko, co Bóg daje, nawet jeśli wydaje mi się to niewłaściwe, służy mojemu wzrostowi, szczęściu, po prostu zbawieniu. A zatem, podsumowując, tak po mojemu, to właśnie łacina sprawia, że to, co w liturgii i wierze jest na pozór niezrozumiałe, staje się w niej wreszcie w pełni jasne i oczywiste.

Ks. Dawid Karaś