sobota, 26 listopada 2016

Liturgia trydencka. Nadzwyczajne źródło mojej tożsamości kapłańskiej

W swojej pracy duszpasterskiej spotykam się na co dzień z coraz większym zainteresowaniem liturgią sprawowaną w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Wierni pytają, gdzie w takiej mszy można uczestniczyć, kapłani próbują się dowiedzieć, jak ją sprawować. Zdradzają, że wiele o niej słyszeli od innych, od członków swojej rodziny, od przyjaciół czy znajomych, też od innych księży, którzy w takiej mszy kiedyś uczestniczyli lub ją sprawowali i dzięki temu ożywili swoje życiowe powołanie.

Niewątpliwie msza trydencka kryje w sobie wielkie bogactwo duchowe. Z pewnością to właśnie ono przyciąga dzisiaj coraz liczniejszą grupę wiernych i kapłanów do tego sposobu modlitwy. Mamy ryt rzymski, który ma swoje dwie formy i każda z nich wnosi do tego rytu coś szczególnego, coś co go wewnętrznie ubogaca. Dla przykładu zwyczajna forma przejawia swoją wartość chociażby w bogactwie słowa Bożego zawartym w cyklu lectio continua, w licznych tekstach prefacji i innych modlitw do wyboru. Tego czasem brakuje mi w mszy trydenckiej. Ale też i forma nadzwyczajna kryje w sobie pewne rozwiązania, których pozbawiona jest msza posoborowa i to bynajmniej nie znaczy, że one się wzajemnie wykluczają. Wręcz przeciwnie, to naturalne. To jest właśnie to wielkie bogactwo, które my obecnie na nowo odkrywamy przez pewien powszechny już proces powolnego robienia miejsca dla mszy trydenckiej w naszej duchowej świadomości.


Otóż tym, co z pewnością w rycie rzymskim wyróżnia formę nadzwyczajną jest jej niezmienność w sensie historycznym. W zasadzie przez ostatnie kilkaset lat niewiele zmieniło się w samym porządku mszy. Jeśli dochodziło to pewnych poprawek, to były to zazwyczaj jakieś drobne zmiany. Nowa msza, w sensie reformy, jest natomiast pewnym krokiem milowym, wielkim skokiem na przód, który wyróżnia się już na pierwszy rzut oka. Modlitwy u stopni ołtarza zastąpiono obrzędami wstępnymi, inne są teksty towarzyszące przygotowaniu darów, mamy do wyboru kilka modlitw eucharystycznych. To wszystko niesie w sobie oczywiście pewne określone przesłanie, pewną teologiczną treść, nie jest to jednak już reforma, która pozwala posoborową liturgię określić hasłem „tak było zawsze”. Zewnętrznie wydaje się ona czymś nowym. My rozumiemy, że istota jest ta sama, jednak w tym kontekście msza trydencka może zachwycać tym charakterystycznym „tak było zawsze”. A jest to nie bez znaczenia w dzisiejszych czasach, przepełnionych relatywizmem życia, także życia wiary, uzależniającym wszystko od subiektywnych opinii, oceniącym ludzkie postępowanie moralne sytuacyjnie. Współczesny świat poszukuje stałości, na której mógłby się oprzeć, obiektywnych wartości, na których możnaby zbudować swoje życie bez obawy, że za jakiś czas jego fundament się zmieni, sprawiając, że to, czym żyło się dotychczas zacznie się nagle w pewnym sensie burzyć. Być może właśnie dlatego w tej niezmienności kryje się duchowa atrakcyjność mszy trydenckiej w naszych czasach. Z tego powodu ważne jest także to, aby była ona niezmiennie dostępna dla każdego.

Ta niezmienność pozwala Kościołowi odkryć jego własną tożsamość. Wyraźnie zaznacza to papież Benedykt XVI w Ostatnich rozmowach, w których wyznaje, że jego decyzja, by ułatwić wszystkim dostęp do mszy trydenckiej nie wypływała z chęci zrobienia jakiegoś przysłowiowego ukłonu w stronę Bractwa Świętego Piusa X czy jakiejkolwiek innej grupy, ale właśnie z pragnienia, by Kościół odkrył przez to swoją wewnętrzną tożsamość, by na nowo wniknął w głębię tego, co czcił przez wieki. I to, że ludzie o mszę trydencką pytają coraz częściej, pokazuje, że Benedyktowi XVI udało się to, co zamierzał, wydając Summorum Pontificum: by ludzie idąć ku przyszłości, nie zapominali skąd wyszli, jaka jest ich tożsamość. Kościół nie zaczął się 50 lat temu, ale dużo wcześniej i nie może być tak, jak zaznacza Papież Emeryt, że to, co dotychczas było dla ludzi święte, nagle staje się zakazane lub ograniczane, bo wtedy właśnie gubimy z horyzontu naszą tożsamość: najpierw liturgiczną a potem także chrześcijańską, gdyż zgodnie z zasadą lex orandi, lex credendi, nieprawdą jest, że to co zmieniamy w liturgii czysto zewnętrznie, nie ma żadnego wpływu na naszą wiarę. Dlatego potrzebujemy wciąż mszy trydenckiej, i pewnego głębszego pochylenia się nad nią, by ryt rzymski nie został pozbawiony swojego niezbędnego źródła, a nasza tożsamość nie stała się dla nas niezrozumiała i pozbawiona sensu.

Msza trydencka może być także sposobem na odkrycie swojej własnej tożsamości kapłańskiej. Taką właśnie stała się dla mnie. To zatrważające, że coraz mniej ludzi decyduje się na życie duchowne czy konsekrowane oraz to, że wielu spośród tych, którzy ten sposób życia przyjęli jako swój własny, rezygnuje z niego, nierzadko już po wielu latach. To dowodzi kryzysu kapłańskiej tożsamości. I niestety, wydaje się, że jednym z wielu elementów, który jest tego przyczyną, jest właśnie to, że w świecie kapłańskim wciąż jeszcze ze zbyt wielką nieufnością patrzymy na liturgię trydencką. Ktoś może być zaskoczony, że w ogóle wiążę ze sobą te dwie sprawy, lecz gdyby przyjrzeć się temu bliżej, ten związek stanie się bardziej wyraźny.

Ryt musi się rozwijać, reforma jest potrzebna, ale zbyt często tej reformie towarzyszy zupełnie niezrozumiała, niepotrzebna krytyka tego, co było wcześniej. Ta krytyka nie pozostaje bez znaczenia, jeśli chodzi o sprawę powołań. Zauważmy, że krytykując pewne formy liturgiczne, jednocześnie dotykamy także tych, którzy je stosowali. Po Soborze nastąpiły w liturgii pewne zmiany, i dobrze, że się tak stało, jednak, jeśli radości z tego, co wypracowaliśmy będzie równolegle towarzyszyć ogólna krytyka tego, co było wcześniej: że dawna liturgia była taka niby niezrozumiała dla nikogo, niedostępna – to jednocześnie musimy postawić pytanie o zasadność pracy duszpasterskiej tych kapłanów, dla których była ona codziennością. Skoro jest ona taka nieprzystępna, taka niedoskonała – co oczywiście jest pewnym przekłamaniem – to dlaczego przez tyle wieków nikt tego nie zmienił, dlaczego kapłani używali formuł liturgicznych, które dzisiaj z takim przekonaniem niektórzy oceniają jako tak mało nieskuteczne.

Mam nadzieję, że każdy zrozumie, o co mi chodzi. Tego rodzaju myślenie stawia pod znakiem zapytania już nie tylko celowość pracy duszpasterskiej zbudowanej wokół jakiejś liturgii, którą możnaby skrytykować, lepszej lub gorszej, ale też zasadność jakiejkolwiek posługi kapłańskiej. Jeśli bowiem dzisiaj przyzwalamy na tego rodzaju zachowanie, to jaką mamy gwarancję, że za jakiś czas, ktoś z tego samego rodzaju niechęcią nie odniesie się do naszej pracy duszpasterskiej. Oczywiście nie podejrzewam, abym za swojego życia miał doczekać jakiejś kolejnej tak innej od poprzednich reformy liturgicznej, jaką mieliśmy po Soborze, ale uważam, że taka krytyka stawia w wątpliwość sens kapłańskiej pracy w ogóle. Bo w takim razie, w wymiarze pastoralnym, niczego nie możemy być pewni. W tym znaczeniu każda forma pracy duszpasterskiej, która dzisiaj jest dla nas czymś oczywistym, za jakiś czas może zostać oceniona jako pozbawiona sensu, a jeśli mam robić coś, co nie ma sensu, bo ktoś z perspektywy czasu i tak może ocenić całe moje posługiwanie jako oparte na czymś w jego mniemaniu „niezrozumiałym” i „nieskutecznym”, to po co w zasadzie podejmować się czegokolwiek, skoro jest to tylko „syzyfowa praca”. Przed tym chciał nas przestrzec papież Benedykt XVI, pisząc, że to, co jeszcze „wczoraj” było dla nas święte, musi być dla nas takim także i „dzisiaj”. Nie chodzi o to, że nic nie można zmieniać w liturgii – byłoby to absurdem. Nie chodzi także o to, że niczego z przeszłości, nie można ocenić negatywnie. Chodzi o pewien szacunek wobec tego, co było święte dla naszych przodków, do tego, co pomagało im się zbawiać, o szacunek dla dzieła posługi Kościoła i jego duszpasterzy, a także o pewną pokorę, przejawiającą się w zrozumieniu, że także współcześnie, mimo że mamy inne nowe narzędzia ewangelizacji, ta dostojna forma liturgiczna może być w dalszym ciągu dla wielu ludzi źródłem przyjęcia daru świętości, którym Bóg pragnie dzielić się z człowiekiem. Rzecz w tym, by umieć rozsądnie wyciągać ze skarbca Kościoła rzeczy nie tylko „nowe” ale też i „stare”, jak zaznaczono w ewangelii.

Dlatego też całym sercem zachęcam wszystkich kapłanów oraz wszystkich formatorów odpowiadających za powołania do życia kapłańskiego i konsekrowanego, kleryków i nowicjuszy, by umożliwili sobie, swoim podopiecznym i wiernym szeroki dostęp do tego duchowego bogactwa, które kryje się w niezmiennym charakterze liturgii sprawowanej w „rycie trydenckim”. W ten sposób wciąż żywa będzie myśl papieża Benedykta XVI, która przyświecała mu, gdy pytany o mszę w nadzwyczajnej formie, stwierdził, że „nie wolno degradować tożsamości”. W ten sposób być może wielu kapłanów, podobnie jak ja, odkyje, że ich posługa ma sens, a to spojrzenie w „przeszłość” Kościoła, aktualizowane w teraźniejszości przez liturgię trydencką, stanie się dla nich sposobem patrzenia na swoje powołanie i na swoją przyszłość z jeszcze większą dozą nadziei i przekonania o potrzebie tego, co robią.

ks. Dawid Karaś
Fot. Joseph Shaw