czwartek, 7 stycznia 2016

Doskonałość liturgii to nie świętoszkowaty estetyzm

Swego czasu udostępniłem następujący cytat z artykułu Davida Warrena pt. “Oh Had I Jubal’s Lyre” na swojej stronie facebookowej (a było to wówczas, kiedy jeszcze korzystałem z FB – być może kiedyś do tego powrócę, na tę chwilę jednak korzystam z długiego „postu” od mediów społecznościowych):


„W ciągu wieków, lecz także i dziś, wiara Kościoła przekazywana była poprzez muzykę tak samo jak przez słowa; samo Słowo Boże poprzez Kościół zawierało się w muzyce. (…) Była to jej funkcja podstawowa, nigdy nie służyła wyłącznie za oprawę. Msza święta ze swojej natury jest śpiewana i niezliczone utwory stanowią nieodłączną część jej znaczenia, uniwersalności i wielowymiarowości. Nie są to „wyłącznie słowa”. (…) Jestem przekonany, że powrót do tradycji muzycznych w Kościele Świętym może przyczynić się o wiele bardziej do dzieła ewangelizacji niż zmagania ze światem. Nie powinniśmy się wykłócać, ale ogłasza, a muzyka właśnie to czyni: ogłasza”.

Tego typu stwierdzenie wydawało mi się równie bezdyskusyjne jak porządnie zagrane Preludium i Fuga. Ku mojemu zdziwieniu, jednak, rozgorzała kłótnia, w której stało się jasne, że ci, co zgadzali się z Warrenem, byli oskarżeni (bezpośrednio i pośrednio) o snobizm, nazbyt krytyczny elitaryzm, świętoszkowaty estetyzm, duszpasterską bezduszność i inne niezbyt ciekawe przewiny.

Wydaje mi się, że Warren stwierdził trzy fakty. Po pierwsze, kult religijny, jako uroczysty akt wychodzenia naprzeciw transcendentnemu Bogu i złożenia mu hołdu oraz pozyskiwania błogosławieństwa i Jego łaski, jest nieodzownie muzyczny. Muzyka stanowi część tej aktywności (w tym znaczeniu, że medium stanowi przesłanie, jak twierdził McLuhan).

Z powyższego wynika drugi fakt: monumentalna muzyka stanowi moralny imperatyw, a nie dekorację witryny sklepowej, którą możemy chcieć lub nie. Po trzecie, wreszcie, „powrót do tradycji muzycznych (…) może przyczynić się o wiele bardziej do dzieła ewangelizacji” współczesnego człowieka niż jakiekolwiek inne metody, które okazały się wielce zawodne. Dlaczego? Wierni tonący w zdesakralizowanym materializmie, zamknięci w klatce praktycznego ateizmu rozpaczliwie potrzebują anty-sekularyzacyjnej terapii szokowej. Nie szukają oni zapewnień tego świata lecz wzniesienia ku innemu, ku bojaźni Jakuba. Innymi słowy, twierdzę, że Warren mówi o zdumiewającej, nawracającej i ewangelizacyjnej potędze nadnaturalnego piękna.

Biorąc pod uwagę to jak wielkiej wiedzy i talentu domaga się doskonałość w świecie świętej sztuki, nie może nikogo dziwić, że może ona prowadzić do pychy tak samo jak nieumiarkowanie czy pragnienie władzy może plenić się wśród przedstawicieli kleru wykazujących się pewnymi skłonnościami. Byłoby jednak głupotą, gdybyśmy chcieli pozbyć się pychy, odrzucając piękne i trudne rzeczy, a uganiali się za banałem i prostactwem, które nikogo dumnym nie czynią. Co gorsza, tak jak nędzarz może być zazdrosny o łyżkę, tak i głupiec może odczuwać dumę ze swej prymitywności. Duma ta zniżyłaby się do najniższego, wspólnego mianownika, a my bylibyśmy przeklęci podwójnie: zarówno moralną i artystyczną biedą.

Pozwólcie, że zaproponuję siedem punktów, co do których katolicy, jeśli tylko spojrzą na tradycję Kościoła i wyciągną wnioski z błędów minionego półwiecza, powinni się zgodzić.

1. Należy porzucić wygodnicką i wyzutą z treści religię moralistycznego, terapeutycznego deizmu i powrócić do tradycyjnej, katolickiej wiary i kultu Bożego w ich pełnym wymiarze.

2. To zjawisko powinno generalnie być narastające i roztropne, powinno je też charakteryzować cierpliwe dążenie do doskonałości, a w żadnym razie nie tolerancja dla tego, co, ściśle mówiąc, nazywa się nadużyciami liturgicznymi (zob. Redemptionis Sacramentum).

3. W chrześcijaństwie wymiar wewnętrzny i zewnętrzny są ze sobą ZAWSZE ściśle powiązane. Potrzeba więc pięknej liturgii ORAZ czystego serca. To zdumiewające, że dyskusja o tym, co jest obiektywnie najlepsze i pozostające w najpełniejszej zgodzie z nauczaniem Kościoła i Tradycją, zbacza na manowce krytykowania sposobów i motywów niektórych osób w dążeniu do tych celów. Czyż nie jest to po prostu powszechny i ponadczasowy problem upadłej natury ludzkiej? Nie możemy rozmawiać na temat muzyki liturgicznej, skupiając się na motywacjach tych czy innych osób. Powinniśmy raczej robić to, co jest słuszne A PRZY TYM wzywać innych oraz samych siebie do nieustannej pracy nad sobą. W przeciwnym razie ryzykujemy paraliż wywołany introspekcją; bezczynnością, chyba że zgodzimy się na to, by działać w sposób niedoskonały.

4. Liberalni/postępowi katolicy (jak choćby celebrans-celebryta) może zniechęcić wiernych do Chrystusa i Jego Kościoła równie dobrze jak odpychający czy elitarystyczny tradycjonalista. Obiektywnie rzecz ujmując jednak, nie ma w tym porównaniu całkowitej równorzędności. Antropocentryczna i/lub niechlujnie sprawowana liturgia ZAWSZE deformuje wiarę ludu, podczas gdy teocentryczna i estetycznie podniosła SAMA W SOBIE zawiera prawdę i moc, niezależnie od stopnia świętości czy zepsucia duchownych ją sprawujących. Innymi słowy, twierdzenie, jakoby niedoskonałość tradycjonalistów świadczyła o niedoskonałości tradycyjnego sposobu sprawowania kultu Bożego, jest niczym innym jak tylko sofizmatem. Prawdą jednak jest, że „nowoczesny” sposób sprawowania kultu jest niedoskonały i jako taki psuje współczesnych wiernych zarówno pod moralnie, intelektualnie jak i duchowo. Dlatego też należy się go wystrzegać wszędzie tam, gdzie nie jest on obecny; tam gdzie jest, z kolei, należy z niego zrezygnować tak szybko, jak to tylko możliwe.

5. Tak jak Kościół powinien przekazywać ludziom pełnię prawdy, tak też powinien im pokazywać pełnię PIĘKNA. Twierdzenie, że Kościół jest w posiadaniu pełni prawdy może być zdumiewające i ryzykowne, ale jest prawdziwe, chociaż w przeszłości niejednokrotnie mieszała się ona z ambicjami. To samo tyczy się piękna: Kościół jest matką i domem dla wszystkiego, co piękne. Fakt, iż niekiedy popada w zepsuty estetyzm nie ma nic wspólnego z ewangelicznym wezwaniem do głoszenia piękna naszego Pana w sposób równie piękny.

6. W tym miejscu można zazwyczaj usłyszeć przytyk, że „wszystko, co dobre, może stać się bożkiem” (w domyśle: „Wy, miłośnicy tradycji, jesteście po prostu bałwochwalcami”). Wydaje się jednak wielce ryzykownym, o ile nie wprost heretyckim, twierdzenie, że propagowanie liturgii i związanych z nią tradycji, tak jak zostały one otrzymane, zachowane, ukochane i uświęcone przez Kościół w ciągu wieków jest „samo w sobie złe”. Przecież nawet Eucharystia może stanowić zagrożenie per accidens, jeśli przyjmuje ją ktoś w stanie grzechu śmiertelnego. Każde dobro można zdeprawować, za wyjątkiem samej natury Boga. Mimo to, nikt nie ośmieliłby się powiedzieć, że Eucharystia jest niebezpieczna sama w sobie. A zatem nie można twierdzić, że doskonałość świętej sztuki, dążenie do niej i korzystanie z niej stanowi zagrożenie tak po prostu.

7. Chrystus nauczał w przypowieściach ZARÓWNO po to, by docierać do ludzi poprzez obrazy, JAK I po to, by przekazać im coś, czego nie mogli pojąć w inny sposób (tak, mówią o tym wszystkie trzy Ewangelie synoptyczne, co zawsze wprowadza ludzi w zakłopotanie). W Tradycji Kościoła Logosu naucza się tak, aby było jasne, że to JEST Logos, a nie zaledwie lustro przystawione do naszych własnych filozofii i stylów życia. Tylko tak można przyjąć Logos jako nasze zbawienie przychodzące SPOZA NAS SAMYCH albo odrzucić go jako inwazję na naszą nieuporządkowaną wolność.

W swej niezwykłej obfitości znaków, które wykraczają poza same siebie i wznoszą ludzki umysł do samych granic racjonalności, dziedzictwo liturgii łacińskiej jest i powinno być obce na wiele sposobów nam WSZYSTKIM – zarówno Europejczykom jak i Amerykanom, Afrykańczykom czy Azjatom. Jego symbolika i muzyka, jego czcigodne formuły i uświęcone gesty przemawiają językiem, który zawsze wykracza poza codzienność jakiejkolwiek grupy – i słusznie, ponieważ wtedy (i tylko wtedy) ludzie są przyciągani do tej nadnaturalnej jedności zwanej Kościołem Katolickim, a jest to proces bolesny, wymagający, choć wyzwalający dla każdej ziemskiej istoty, przekształcający nas wszystkich na różne (zapewne różne i komplementarne) sposoby.

Gdyby Msza Święta była kiedykolwiek zaledwie „europejska”, czyli wyrażająca taką a nie inną estetykę właściwą Europejczykom w danym czasie, nie byłaby w stanie kształtować Mistycznego Ciała Chrystusa i rozciągać swoją widzialną i niewidzialną rzeczywistość poprzez misje w każdym plemieniu, w każdym języku i w każdym narodzie. Byłoby to coś porównywalnego do opery, kina czy czegokolwiek innego, co znajduje się na liście naszych ulubionych rozrywek. Liturgia, oczywiście NIE jest jedną z nich i nigdy nie była. Kto jest „właścicielem” chorału gregoriańskiego? Dla kogo mistyczna ofiara Boga-Człowieka jest praktyczną rzeczywistością? Czy gotyckie ornaty i piuski należą do Włochów, Francuzów i Niemców bardziej niż do mieszkańców podzwrotnikowej Afryki czy Kazachstanu? Nawet u zarania, pierwsi rzymscy wierni drżeli w zachwycie nad świętymi tajemnicami, które odprawiano na ich oczach. Żydowscy konwertyci, którym nieobcy był splendor kultu świątynnego, trwożyli się, słuchając katechetycznych homilii św. Cyryla Jerozolimskiego przed przyjęciem chrztu.

Liturgia jest zawsze i wszędzie, dzięki łasce Boga, transcendentnym rytuałem, a nie jakimś błahym reliktem przeszłości, którego całe bogactwo można zredukować do jakiejś jednej estetyki kulturowej. Ponieważ jej celem jest zanurzenie wszystkich w mistyczną rzeczywistość, którą jest modlitwa całego Ciała Chrystusa zjednoczonego w duchu i prawdzie, zawsze będzie obca codzienności każdego człowieka i w każdym czasie dokładnie po to, aby napełnić tę codzienność niebiańską łaską i błogosławieństwem spływającym ze świętego i tajemniczego ołtarza Bożego.

Peter Kwasniewski
Tłumaczenie: Piotr Klinger
Źródło
Zdjęcie: Joseph Shaw