niedziela, 15 listopada 2015

Czy liturgia ma znaczenie i czy Msza trydencka jest lekarstwem na wszystko?

Akt czci wobec Najświętszego Sakramentu w trakcie
wystawienia podczas Mszy z okazji Bożego Ciała:
coś nam to mówi, czyż nie? (Co myśli sobie ten młody chłopak po lewej?)
Nawiązując do mojego niegdysiejszego postu, ktoś zwrócił uwagę na niedawny post ks. Dwighta Longeneckera odnoszący się do tejże kwestii: „Czy Msza łacińska to lekarstwo na wszystko?(dosłownie - jest magicznym nabojem - ang. magic bullet). Próbuje on w nim uporządkować opinie tych "konserwatywnych" katolików (tych którzy nie za bardzo lubią tradycyjną Mszę) na temat związku między kryzysem w Kościele a liturgią. Efekt jest fascynujący. Kilka kluczowych cytatów z moimi paroma komentarzami w kolorze czarnym.

Problemy w Kościele katolickim nie wynikają z braku nabożnego szacunku podczas Mszy. Brak nabożnego szacunku podczas Mszy wynika z problemów wewnątrz Kościoła. A szacunek w ogóle nie pomaga, prawda?

Ani zwykłe przestrzeganie rubryk, ani odprawianie Mszy w tym lub tamtym kierunku, ani stanie tu lub tam, ani noszenie tego konkretnego lub tamtego konkretnego westymentu, ani trzymanie złączonych palców w tym momencie, ani czynienie należytych skłonów w tamtym momencie nie koniecznie sprawia, że Msza jest nabożna. Sprawia to, że Msza jest bardziej formalistyczna... Zatem po co to wszystko?


Chodzi mi przede wszystkim o to: uważam, że wszyscy ci, którzy winą za wszystkie problemy Kościoła obarczają Novus Ordo, po prostu nie rozumieją, o co chodzi. Jeśli w Novus Ordo jest coś niewłaściwego, to nie jest to przyczyna a symptom. Podstawowym problemem w Kościele nie jest Novus Ordo ani nadużycia liturgiczne, ani kiepskie hymny i taniec liturgiczny oraz wszystkie te okropności. Zatem właściwie dlaczego te rzeczy są „okropne”?

Powodem, dla którego Msza łacińska wydaje się „bardziej nabożna”, nie jest łacina ani to, że kapłan przestrzega wszystkich rubryk lub to, że jest zwrócony ku wschodowi (pamiętajcie, że nie jestem przeciwny temu wszystkiemu!). Powodem, dla którego Msza łacińska wydaje się bardziej nabożna, jest to, że ludzie, jacy na nią uczęszczają, są katolikami, którzy prawdopodobnie odebrali dobrą katechezę... Dlaczego więc oni uczęszczają na tę Mszę a nie na tą drugą?

Powodem, dla którego Novus Ordo tak często wydaje się pozbawiony nabożności, nie jest jego wewnętrzny deficyt (inaczej dlaczego Kościół Święty twierdziłby, że jest zwykłą formą Mszy?). Zamiast tego Novus Ordo jest czasami sprawowany niegodnie, ponieważ ludzie traktują Mszę jako okazję do uczczenia swojej aktywności społecznej lub jako festiwal dla lokalnej społeczności mający na celu podnieść ich samoocenę, lub jako sentymentalny, indywidualny, duchowy seans do poprawy ich samopoczucia.   Przestali prawdziwie wierzyć w grzech i łaskę, oraz Boga, który zbawia i w zamian poszukują zbawienia w sobie samych. Nie wymaga się tam zatem zbytniej nabożności. Czy przekonań tych nie wzmacniają nadużycia, które są ich wyrazem?

Powiedzenie „lex orandi lex credendi” najwyraźniej nie przemawia do ks. Longeneckera. Czy zdaje sobie z tego sprawę czy nie, ks. Longenecker robi coś więcej, niż po prostu odrzuca niedorzeczne twierdzenie, od którego zaczął („Wydaje się, że niektórzy tradycjonaliści sądzą również, że wszelkie problemy Kościoła rozwiązałyby się, gdybyśmy wszyscy powrócili do Mszy łacińskiej sprawowanej wszędzie i o każdej porze”, człowieku, nie wierzę, że masz aż takich głupich znajomych). Wygląda na to, że ze swoimi poglądami znajduje się na przeciwnym biegunie: liturgia nie ma najmniejszego wpływu na życie duchowe, religijną postawę oraz przekonania wiernych.
To stwierdzenie jest tak skrajnie niedorzeczne, że nie potrafię sobie wyobrazić, aby ks. Longenecker był jego świadomym zwolennikiem. Gdyby chociaż pomyślał: „z czynników mających wpływ na katolików, katecheza ma większy wpływ niż liturgia”, wtedy nie doszedłby do swoich wniosków. Jeśli liturgia ma jakikolwiek wpływ, to mogłoby to przynajmniej  po części wyjaśniać to osobliwe zjawisko polegające na tym, że katolicy, którzy otrzymali należytą katechezę, skupiają się wokół jednej formy Mszy; to stanowiłoby przynajmniej częściowo przyczynę problemów w Kościele; i tak dalej. W skrócie ks. Longenecker wyraziłby opinię, z którą wszyscy moglibyśmy się zgodzić.
Wpływ liturgii na życie duchowe i dogmatyczne przekonania katolików jest stałym motywem w nauczaniu Kościoła dotyczącym liturgii. Mógłbym odwołać się do nauczania zawartego w Magisterium oraz do pism kard. Ratzingera, w których stanowi on przewodni temat. To, że ksiądz daje się zwieść i sugeruje, nawet mimowolnie, że liturgia nie wpływa na to, w co ostatecznie wierzą ludzie, jest samo w sobie objawem głębokiej zapaści w Kościele.

Pełen czci sposób przyjmowania Komunii św.
wyrażający 

naszą wiarę w realną obecność:
a może tylko pusta formalność?

Mam nadzieję, że wszyscy katolicy, którzy są choć w minimalnym stopniu rozsądni, od razu zgodziliby się z tym, że wiele rzeczy ma wpływ na nasze życie duchowe i przekonania.
Jedną z nich jest katecheza, ale istnieją także inne: nasze doświadczanie sztuki sakralnej, wszelkiego rodzaju kulturowe odniesienia, gazety, blogi i książki, w tym lektura i poszukiwania duchowe, przykład innych ludzi, rozmowy, nasze własne duchowe wysiłki i doświadczenia oraz, rzecz jasna, liturgia. Gdy patrzymy na wspólnotę, albo właściwie na Kościół powszechny, chcielibyśmy, aby rzeczy te wzajemnie na siebie oddziaływały, wzajemnie się wzmacniały lub równoważyły z upływem czasu. Silny nacisk jednej z nich bądź całej grupy może pobudzić resztę: to, co przeczytaliśmy, daje początek rozmowom, rozmowy mogą mieć wpływ na liturgię, liturgia może mieć wpływ na katechezę (proszę pomyśleć o tych wszystkich teologicznie tajemniczych hymnach), katecheza pobudza duchowe piśmiennictwo albo katolickie dziennikarstwo czy katolickie blogi, i koło zatacza krąg.
To, co mówi nam kard. Ratzinger, a w tej kwestii także papież Pius XII w encyklice Mediator Dei oraz II Sobór Watykański, oraz całe Magisterium, to to, że liturgia nie jest jedynie małym elementem tego procesu: nie można jej zbyć jako epifenomen, jako „symptom a nie przyczynę”; nie, ma ona kluczowe znaczenie. Nie jest ona jedynym elementem ten pomysł byłby po prostu śmieszny — ale jest, aby ukuć wyrażenie, źródłem oraz szczytem chrześcijańskiego życia (wielu czytelników zorientuje się, że nie parafrazuję jakiegoś zbzikowanego tradycjonalisty a II Sobór Watykański).
Ks. Longenecker powinien uwzględnić to, że podczas gdy wszyscy praktykujący katolicy słyszą kazania (lub nawet je słuchają), dorośli katolicy są zupełnie nieczuli na systematyczną katechezę poza sporadycznymi i nietypowymi przypadkami jak podczas nauk przedmałżeńskich. Nowe, fascynujące narzędzia katechezy nie przemówią do osób dorosłych; natomiast ci, którzy wciąż praktykują, będą pod wpływem liturgii. Nawet ludzie, którzy twierdzą, że liturgia jest mniej skutecznym narzędziem wyrażania koncepcji teologicznych oraz ukazywania sposobu modlitwy niż katecheza, powinni mimo wszystko dostrzec, jak ogromną wartość ma ona dla tych, którzy nie uczestniczą w żadnych programach katechetycznych, a dotyczy to prawie wszystkich dorosłych katolików.

Uważam za bardzo niepokojące to, że ks. Longenecker i jemu podobni pozostają głusi na nauczanie II Soboru Watykańskiego oraz na resztę Magisterium dotyczącą znaczenia liturgii. Wydaje się, że wychowaliśmy pokolenie „konserwatywnych” katolików, których myślenie jest po prostu nieliturgiczne. Rzecz jasna nie ma sensu mówić, że jest się zwolennikiem łaciny czy celebracji ad orientem, jeśli uważa się, że nie przyczyniają się one w żaden sposób do nabożności, powagi, liturgii. Kontrast między nabożnością a formalnością, na który wskazuje ks. Longenecker, jest, no cóż, zaskakujący i bardzo żałuję, że nie miał czasu wyjaśnić o co mu chodziło. Wygląda na to, że ks. Longenecker sądzi, że rubryki mszalne nie mają znaczenia i nie komunikują niczego obserwatorowi. Wszystko to wskazuje na dziwaczną perspektywę.
Ale ks. Longenecker jest zwolennikiem łaciny i celebracji ad orientem i z radością przyjmuje rozpowszechnianie się tradycyjnej Mszy. Przyglądając się zatem tym niespójnym poglądom z drugiej strony, wychodziłoby na to, że nie może on wierzyć w to, że nie ma ona znaczenia, że nie wpływa pozytywnie na wiernych, że nie jest ona bardziej nabożnym uwielbieniem składanym Bogu, itd. Przypuszczam, że musimy zatem zostawić ks. Longeneckera w zawieszeniu, niczym początkującego akrobatę.
My natomiast możemy mocno trzymać się tego, że Msza jest głównym misterium w naszym życiu duchowym. Bezkrwawa Ofiara składana pięknie i z czcią,  a także w ciągłości z naszymi przodkami w wierze, ma sama w sobie fundamentalne znaczenie oraz fundamentalne znaczenie dla nas. Z doświadczenia wiemy, czego naucza nas Kościół w swoim Magisterium, mianowicie, że liturgia jest 'szkołą modlitwy', będącą w stanie zmiękczyć zatwardziałe serca, która daje nam ukojenie i siłę do tego, aby prowadzić chrześcijańskie życie. Zapewnia nam bezpośredni kontakt z Bogiem w sposób, który nic innego nam nie zapewni: nawet osobiste, duchowe doświadczenia wielkich mistyków nie mogą równać się z doświadczaniem Chrystusa realnie i obiektywnie obecnego na ołtarzu i składanego w ofierze Ojcu za grzechy świata.
Sakramentalna ważność rytu nie gwarantuje, że doświadczymy tego misterium, że będziemy w stanie dogłębnie zrozumieć, że właśnie to się odbywa. Pisząc te słowa, już czuję, jak rodzi się złość wśród neokonserwatystów: jak śmiem twierdzić, że nadprzyrodzone misterium Mszy jest mniej widoczne, trudniej go doświadczyć, podczas Mszy celebrowanej w języku narodowym i naszpikowanej nadużyciami? Sorry, chłopaki, to rzeczywistość, której wszyscy doświadczyliśmy; nie wińcie mnie, wińcie Kongregację ds. Kultu Bożego:
(...) nadużycia „zaciemniają wiarę i doktrynę katolicką dotyczącą tego przedziwnego sakramentu”. Przez to przeszkadzają też wiernym „przeżyć w pewnym sensie doświadczenie dwóch uczniów z Emaus: «Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go»”.
Albo jeszcze lepiej, wińcie św. Jana Pawła II: Do tego dochodzą też tu i ówdzie, w różnych środowiskach kościelnych, nadużycia powodujące zaciemnianie prawidłowej wiary i nauczania katolickiego odnoszącego się do tego wspaniałego Sakramentu.
Jeśli Msza nie ukazuje wam w jaskrawy sposób tego misterium, może powinniście spróbować i przyjść na tradycyjną Mszę.
Piękny i głęboki gest liturgiczny wyrażający tomy opracowań na temat znaczenia 
Ewangelii: celebrans błogosławi diakona, który odśpiewa Ewangelię, diakon zaś 
całuje dłoń, którą celebrans trzyma na Ewangeliarzu.

Analizę zbliżonych poglądów śp. kard. Hume'a na temat nabożnego szacunku i łaciny można znaleźć tutaj.

Tłumaczenie: Robert Włodarczyk