wtorek, 29 września 2015

W obronie liturgii - wywiad z okazji 50-lecia Latin Mass Society

Dla upamiętnienia Złotego Jubileuszu Stowarzyszenia Mszy Łacińskiej (Latin Mass Society) założonego w 1965 roku, nowy redaktor naczelny magazynu Mass of Ages rozmawia z przewodniczącym Josephem Shawem na temat jego zadań i pracy jego organizacji.

Czy mógłbyś nam opowiedzieć coś o sobie? Jak stałeś się aktywnym członkiem ruchu tradycyjnego katolicyzmu, o ile można tak to nazwać?

Studiowałem wtedy na Oksfordzie, kiedy zacząłem zastanawiać się nad Mszą św. i liturgią, co w konsekwencji doprowadziło mnie do ruchu tradycjonalistycznego. Do rozpaczy doprowadzały mnie przede wszystkim liturgiczne nadużycia, szukałem informacji na ten temat i powoli docierało do mnie, że sytuacja jest w rzeczywistości jeszcze gorsza niż by się to mogło wydawać na pierwszy rzut oka.
            Wstąpiłem do Stowarzyszenia Mszy Łacińskiej, kiedy na Oksfordzie nie można było o nich usłyszeć. W tamtych czasach istniał zakaz propagowania Mszy św. oraz wiele innych arbitralnych restrykcji. W końcu jednak sytuacja się zmieniła i w biuletynie stowarzyszenia znalazłem wzmiankę o tym, że Msza św. odbędzie się w West Oxford Community Centre (Dom Kultury Zachodniego Oksfordu) – chyba najmniej odpowiednim miejscu, jakie można sobie wyobrazić. Dla mnie osobiście był to właściwy moment więc poszedłem. Uczestniczyłem w tradycyjnej Mszy już wcześniej, ale tym razem mnie olśniło, znalazłem odpowiedź.

            Podsumowując sześć lat swojej pracy na stanowisku przewodniczącego, co uważasz za swoje największe osiągnięcie, a co za największe rozczarowanie?


            Najbardziej cieszę się z tego, że udało nam się zorganizować spotkania w całym kraju z biskupem Schneiderem i biskupem Rifanem, które wszystkim się podobały. Innym sukcesem są jednodniowe konferencje, które zainicjowałem. Udało nam się zorganizować już dwie, planujemy trzecią. Mamy nadzieję, że będą się one odbywać regularnie co dwa lata. Jednym z największych sukcesów stowarzyszenia w ciągu tych lat były konferencje szkoleniowe dla kapłanów, za które nie mogę przypisać sobie zasługi, ale które organizujemy pomimo przeciwności.
            Największym rozczarowaniem dla nas są sytuacje, kiedy kapłan, który odprawia tradycyjną Mszę św. i który posługuje w danej parafii od wielu lat zostaje nagle przeniesiony. To co budował przez lata zostaje zaprzepaszczone. Mieliśmy z tym do czynienia już kilkukrotnie. Najbardziej wyrazistym przykładem jest tu parafia Matki Boskiej Różańcowej w Blackfen, która straciła księdza Timothy’ego Finigana. Przykro jest na to patrzeć, bo nie jest łatwo zbudować społeczność, która będzie czerpać owoce z Mszy św., nie jest łatwo stworzyć to wszystko, co ją wspiera jak choćby grupy ministranckie czy chór. Takie rzeczy będą się zdarzać dopóty dopóki jednego księdza odprawiającego tradycyjną Mszę św. nie będzie zastępował inny kapłan tradycjonalista.

W tym roku stowarzyszenie obchodzi 50-lecie. Co jest największym osiągnięciem organizacji?

Przede wszystkim należy powiedzieć o powstaniu tradycyjnych instytutów. Stowarzyszenie Mszy Łacińskiej, oczywiście, nie jest za to bezpośrednio odpowiedzialna, ale z pewnością utorowaliśmy im drogę. Biskupi, którzy je zaprosili czynili tak w odpowiedzi na nasze potrzeby i potrzeby naszych sympatyków. To względnie nowe zjawisko w historii stowarzyszenia, ale bezsprzecznie zdumiewające.
            Na duchu podnosi nas też liczba powołań do tychże instytutów, pochodzących również z naszych parafii. To dobrze wróży na przyszłość. Żeby nie być gołosłownym, już niedługo powitamy księdza Iana Verriera, angielskiego kapłana Bractwa św. Piotra, który wraca do ojczyzny, aby prowadzić dzieło apostolskie. To wspaniała wiadomość!

Najbardziej zdumiewające jest to, że Stowarzyszenie Mszy Łacińskiej jest zrzeszeniem świeckich wiernych. Wygląda na to, że gdy pojawiła się potrzeba, by „ratować” tradycyjną liturgię rytu rzymskiego, wielu z przywódców ruchu było ludźmi świeckimi. Co według ciebie było tego przyczyną?

            Sądzę, że kapłani mieli związane ręce. Przypominam sobie dwóch księży, którzy zamierzali coś z tym zrobić.
            Jednym z nich był ks. Bryan Houghton, który wolał odejść ze swojej parafii w Anglii Wschodniej niż odprawiać nową mszę. Opuścił kraj i wyjechał na południe  Francji, gdzie przeszedł na emeryturę. Odprawiał tam prywatnie tradycyjną Mszę świętą i pisał książki. I to naprawdę dobre! Jego talent więc się nie zmarnował, ale w latach siedemdziesiątych nie mógł zrobić nic więcej.
            Drugim kapłanem był ks. Oswald Baker. On również nie chciał odprawiać zreformowanej Mszy. Zamiast odejść jednak pozostał i kontynuował celebrację tradycyjnej Mszy Świętej w swoim kościele na Downham. Kiedy go stamtąd usunięto, żył dalej na plebanii. To była dość nadzwyczajna sytuacja, prawdziwy koszmar. Stwarzał ogromne problemy biskupom, a ostatecznie, po wielu cierpieniach, stał się sedewakantystą. Jego przykład pokazuje wyraźnie, dlaczego większość księży doszło do konkluzji, że nie są w stanie nic zrobić. Mogli jedynie pozostać w swoich parafiach, próbując wytłumaczyć wiernym sytuację i powstrzymywać się od głoszenia herezji z ambony. Nie można im mieć za złe tego, że dali się wplątać w tę liturgiczną rewolucję. Byli w bardzo trudnym położeniu, a niewielu stać było na niezależność tak jak ks. Houghtona, który miał własne źródło utrzymania. Nawet gdyby doszło do buntu, czy cokolwiek dobrego wynikłoby z tego, że księża przestaliby odprawiać mszę?
            Stowarzyszenie Mszy Łacińskiej złożone z osób świeckich mogło zrobić to, czego kapłan zrobić nie mógł. Nieraz księża zwierzali się nam, że cieszą się z istnienia stowarzyszenia, które może głosić to, czego im samym mówić nie można. Oczywiście, istnieją czasami różnice zdań na temat tego jak i co mówić. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że z naszej winy kapłani, którzy nas wspierają i którzy odprawiają tradycyjną Mszę Świętą, znajdą się w trudnym położeniu. Staramy się, aby do tego nie dopuścić i myślę, że nasze stowarzyszenie zawsze próbowało zachowywać się taktownie nawet w najtrudniejszych sytuacjach.
            Jako ludzie świeccy, zgodnie z prawem kanonicznym, mamy obowiązek wyrażać nasze niepokoje, również publicznie o ile to konieczne, choć rzadko z tej możliwości korzystamy. Możemy też zrzeszać ludzi o podobnej wrażliwości, prowadzić kampanie i badania na temat prawnej sytuacji w Kościele oraz każdego aspektu liturgii. Wszystko to okazało się niezwykle potrzebne.

Myślisz, że niektórzy kapłani patrzą z niechęcią na Stowarzyszenie Mszy Łacińskiej?

Z pewnością. Istnieje wciąż staroświeckie, klerykalne przeświadczenie, że to kapłan powinien rządzić, że świeccy to piechota, a księża to kadra oficerska. Z punktu widzenia historycznego, taki pogląd nie ma najmniejszego sensu. Powstało ono w czasach, kiedy świeckie przywództwo w Kościele było słabe. Gdybyśmy mieli państwo katolickie albo katolickiego monarchę, byłoby znacznie trudniej twierdzić, że biskupi albo kler rządzą „katolickim społeczeństwem”.
            Oczywiście, kapłani mogą przejąć ster, jeżeli zabraknie zaangażowania świeckich. Widać to wyraźnie na przykładzie Irlandii, gdzie klasa rządząca historycznie była protestancka. Kiedy kraj odzyskał niepodległość, wiele osób wyjechało  zagranicę. Kto miał wówczas zająć się edukacją i służbą zdrowia jeśli nie Kościół?
            Księża zawsze są narażeni na pokusę myślenia, że kwestie władzy kościelnej i liturgii to wyłącznie ich sprawa, więc świeccy nie powinni się do tego mieszać. No cóż, tu chodzi przecież o nasze życie duchowe, obowiązkiem wobec społeczeństwa i naszych dzieci jest obrona Kościoła Świętego i jego liturgii, jeśli będzie taka konieczność. Świeccy podejmowali ten trud wiele razy w ciągu wieków, nie tylko w Anglii…
           
            Czy moglibyśmy rozwinąć ten wątek? Święty Tomasz Morus był szykanowany przez księży, którzy złożyli przysięgę supremacji. Uważali go za aroganta, który poucza wszystkich w kwestiach moralności i wiary. Powiedział on, iż nie jest związany z tym, co uznawano wówczas za Kościół w królestwie Anglii, ale z „powszechnym soborem chrześcijaństwa”. Wydaje się, że tradycyjni katolicy również starają się szerzej patrzeć na Kościół. Być może dlatego świeckiemu łatwiej jest pozostać wiernym „powszechnemu soborowi chrześcijaństwa”?

            Myślisz, że świeccy łatwiej dostrzegają istotę rzeczy?  W czasach rewolucji liturgicznej świeccy zadawali raczej naiwne pytanie: „Zawsze oddawaliśmy Bogu chwałę w ten sposób, a teraz każecie nam robić coś kompletnie innego. Czy to nie jest aby niewłaściwe?”.
            W rzeczywistości jednak to bardzo ważne pytanie. „No wiecie, teraz używamy anafory Hipolita, która jest strasznie stara, poza tym Tradycja katolicka wcale nie stoi na przeszkodzie, aby Mszę odprawiano w językach narodowych” – ta wyszukana odpowiedź była powierzchowna. Wiemy dziś, że wiele z tych argumentów było nieprawdziwych z punktu widzenia historii, np. twierdzenie jakoby pierwsi chrześcijanie sprawowali liturgię wyłącznie przodem do ludzi. Anafora Hipolita również budzi poważne zastrzeżenia. Wierni doskonale wyczuwali potrzebę kontynuacji w Kościele i wierności Tradycji.
            Naiwne pytania stawiane przez wiernych były w pełni uzasadnione, tak samo jak ich reakcja. Papież Benedykt XVI przyznał im w końcu rację, mówiąc: „To, co było święte dla wcześniejszych pokoleń, pozostaje wielkie i święte dla nas”.

Patronami Stowarzyszenia jest św. Ryszard Gwyn i św. Małgorzata Clitherow. Czy mogą oni stanowić przykład dla katolików żyjących we współczesnej Brytanii?

Myślę, że stanowią wspaniały przykład dla świeckich katolików żyjących w nieprzychylnych czasach. Dlaczego? Bronili życia rodzinnego, zwłaszcza Małgorzata Clitherow. Ryszard Gwyn był nauczycielem, więc dbał o podstawowe życie intelektualne Kościoła. Życie Kościoła traktowali bardzo osobiście. Bronili kleru i Mszy Świętej, umożliwiając kontynuowanie życia sakramentalnego. Chociaż sami nie byli konsekrowani, ich działalność okazała się niezbędna do tego, by kapłani mogli sprawować sakramenty. Stanowili też przykład świętości, inspirując wiele osób, nie tylko im współczesnych.

W innym wywiadzie, Michael Voris powiedział, że wiele eksperymentów inspirowanych „duchem soboru” miało miejsce jeszcze „za starej Mszy”. Co ty na to?

Nietrudno wskazać jego błąd. Liberałowie, którzy połączyli siły w w tamtych latach świerzbiły ręce, aby usunąć tradycyjną Mszę świętą. Stanowiła ona przeszkodę dla ich projektu. Kardynał Ratzinger sam to przyznał podczas słynnej konferencji na temat teologii ofiary, kiedy powiedział, że sprzeciw wobec tradycyjnej Mszy św. można zrozumieć wyłącznie wtedy, gdy przyjmiemy panującą modę na luterańską teologię Eucharystii. W innym wypadku sprzeciw wobec tradycyjnej Mszy św. jest kompletne niezrozumiały.
            Inną sprawą jest to, że gdy ludzie idą dziś na tradycyjną Mszę św., różni się ona od tej odprawianej w latach czterdziestych i pięćdziesiątych. Dzisiaj rozwija się liturgiczne i teologiczne spojrzenie ortodoksyjne świadomie sprzeciwiające się wszechobecnej heterodoksji. Niekiedy znaleźć można dziwaka, dla którego liczą się tylko kadzidło i dzwonki, a który nie jest ortodoksem pod względem teologicznym, ale to są wyjątki. Tradycyjna Msza św. jest nierozerwalnie związana z ortodoksją i Michael Voris sam to potwierdził.

Poza pracą, obowiązkami rodzinnymi i działalnością w stowarzyszeniu masz też nieco wolnego czasu. W jaki sposób go spędzasz?

Wolny czas! Co to takiego? Podejrzewam, że tak jak wiele osób, które wpadły w środowisko tradycjonalistów, również i ja utopiłem w nim swój wolny czas. Zawsze interesowałem się historią, ale teraz fascynuje mnie przede wszystkim katolicki aspekt reformacji. Zawsze interesowałem się muzyką, choć nie mam muzycznego wykształcenia, ale teraz śpiewam już tylko chorały gregoriańskie, które dają mi ogromną satysfakcję!

            Interesuję się też teatrem: dramatem i operą. Przez wiele lat nie byłem na żadnym spektaklu ze względu na małe dzieci. Teraz wyrosły na tyle, że mogę zacząć z nimi chodzić na przedstawienia.  Zauważyłem, że dzieci pochłaniają i doceniają szczególnie te rzeczy, których nie mogą w całości zrozumieć. Zabrałem najstarsze dzieci na “Cyrulika sewilskiego” po włosku.  Nie mogły czytać napisów rzucanych z projektora, ale strasznie im się podobało. Płynie z tego lekcja liturgiczna. Jesteśmy w stanie docenić coś, czego w pełni nie rozumiemy. I całe szczęście, bo tajemnicy, którą jest Msza święta nie sposób  w pełni pojąć.

Tłumaczenie: Piotr Klinger