piątek, 14 sierpnia 2015

Liturgiczna obojętność katolików

Jedną z najbardziej zdumiewających spraw związanych z Kościołem katolickim jest niemalże powszechna obojętność jego członków (w tym duchownych) w kwestii liturgii świętej. Wiele parafialnych parkingów jest z pewnością pełnych w niedzielne poranki. Wielu świeckich "angażuje się" w jedno albo drugie duszpasterstwo. Kwitnie bogate życie towarzyskie związane z Mszą - którego przejawy w postaci nadmiernego entuzjazmu widać czasami wręcz w ławkach kościelnych przed i po Mszy. Godziny spotkań przy kawie są znane w całym kraju. Księża zaś pracują bardzo ciężko, często wykonując niewdzięczne zadania. Gdy chodzi jednak o bycie "przenikniętym duchem i mocą liturgii" (Sacrosanctum Concilium, 14) lub o "życie życiem liturgii" (por. SC, 18, 42), próżno szukać na to przykładów.

Jednym z największych zarzutów podnoszonych przez Ruch Liturgiczny przed Soborem było to, iż ogólnie rzecz biorąc katolicy nie posiadali gruntownej wiedzy na temat skarbów swojej liturgii bądź nie pielęgnowali w sobie szczególnie intensywnego pragnienia, aby żyć "w ślad za" okresami i świętami liturgicznymi. Połączenie klerykalizmu z postępującą sekularyzacją oderwało wielu wiernych od bliskiego kontaktu z misteriami świętymi sprawowanymi w Kościele; powstał również rozdźwięk między społecznym obliczem chrześcijaństwa, jego misją w dzisiejszym świecie będącym w potrzebie, a rytualnym odprawianiem odwiecznych, czcigodnych obrzędów. Pomimo kłębowiska sprzecznych tendencji panujących w auli soborowej, podczas Soboru Watykańskiego II zwyciężył pogląd, iż liturgia stanowi fons et culmen [życia] Kościoła, "źródło i szczyt" chrześcijańskiego życia - wniosek, który z pewnością brzmiałby wówczas dość dziwacznie, jednak nie aż tak dziwacznie jak brzmi dzisiaj, gdy jest niemalże niezrozumiały.

Czy nie znamy katolików, którzy, pomimo swojej gorącej wiary, sprawiają wrażenie, że nie zdają sobie z tego sprawy, gdy mowa o liturgii? Ludzi, którzy prawdopodobnie nie zgodziliby się ze stwierdzeniem, iż jest ona "źródłem i szczytem" tego kim są, co robią, jak żyją, dokąd zmierzają i tego jak tam dotrą? Wydaje się, że kardynał George miał pełną rację, gdy zażartował pewnego razu, że: "Amerykańscy katolicy są protestantami chodzącymi w niedziele na Mszę". Niegodne połączenie indywidualizmu z kolektywizmem przeszkadza wielu katolikom, niezależnie od stopnia ich wykształcenia, dostrzec utratę ducha liturgii w kontekście formy zwyczajnej, utratę prymatu adoracji i tego, co transcendentne. Powstrzymuje ich to również od pragnienia czegoś prawdziwie katolickiego oraz od sięgnięcia po to, nawet gdy jest dostępne w ich własnej okolicy. Indywidualizm sprawia, że nosimy klapki na oczach i godzimy się na najniższe kryterium, mianowicie na "to, co mi pasuje"; kolektywizm sprzyja mentalności stadnej, która tłumi zdrowy rozsądek, uzasadnione krytyczne myślenie i pragnienie rzeczy lepszych.

Koniec końców wydaje się po prostu, że w życiu bardziej liczą się inne sprawy niż liturgia. Nie znajduje się ona ani na pierwszym, ani na ostatnim miejscu; nie ma pierwszeństwa i nie kształtuje dni, tygodni, lat naszego życia. Spójrzmy prawdzie w oczy: według takich katolików Sobór Watykański II nie miał racji w sprawie "źródła i szczytu"; podobnie aż nazbyt wielu może stwierdzić, że Paweł VI mylił się w Humanae Vitae albo Jan Paweł II w Ordinatio Sacerdotalis.


Jak więc opisać ów dominujący pogląd, z którym spotkamy się na kancelaryjnych korytarzach nie rzadziej niż w skromnych domostwach? Możemy go zatem podsumować w następujący sposób: liturgia jest jednym konkretnym środkiem spośród wielu urzeczywistniających osobistą wizję chrześcijańskiego życia. Życie chrześcijańskie to zbitka lub mieszanina praktyk mających indywidualne znaczenie bądź, w najlepszym wypadku, mozaika wykonana z tesser ułożonych według artystycznego uznania. Niewątpliwie widać w tym nutę współczesnego subiektywizmu, i być może także naturę współczesnego, luźnego, samotnego, nadmiernie zabieganego życia. Pragnienie dbania o coś poza rodziną lub pracą, wyrwania się ze swojego własnego świata, aby wkroczyć we wspólny i obiektywny świat liturgii, może być uciążliwe dla ludzi[1]. Wielką ironią epoki posoborowej jest to, że współcześni katolicy, którzy traktują liturgię świętą z najwyższą powagą - ci, którzy, całkiem świadomie, budują na niej i wokół niej swoje codzienne życie, podążają za jej okresami, przystępują do sakramentów i korzystają z sakramentaliów - są wiernymi zgromadzonymi wokół tradycyjnej Mszy łacińskiej, szczególnie tam, gdzie jest składana jako codzienna ofiara w wyznaczonej kaplicy lub parafii. Świątynie, w których sprawuje się "niezreformowaną" Mszę ukazują całemu Kościołowi, co Sobór rozumiał przez "życie życiem liturgii" dzięki "duchowi i mocy" samej liturgii. W dużej mierze są to wierni, którzy kupują książki takie jak: My i Nasze Dzieci, Jak Zbudować Katolicki Dom, Mary Reed Newland, lub Małe Oratorium, Davida Claytona.

Dodatkową ironię stanowi fakt, iż, pod wieloma względami, we wspólnotach tych uczestnictwo jest zazwyczaj bardziej aktywne niż w głównym nurcie Kościoła, że realizuje się w nich z większą konsekwencją nauczanie Jana Pawła II w kwestii małżeństwa i rodziny oraz znaczenia spowiedzi sakramentalnej, oraz że, pod każdym względem dotyczącym katolickiej tożsamości i misji, są one trwałe i prężne. Jak może to zaskakiwać, skoro to, jak wypowiedział się na temat liturgii Sobór Watykański II jest faktycznie prawdą, którą realizuje się w praktyce?

Wydaje mi się jednak, że poza tymi enklawami jesteśmy dalej niż kiedykolwiek od przywrócenia prawdziwie katolickiego postrzegania i doświadczania liturgii świętej jako podstawowej, kluczowej i najważniejszej czynności katolika, jako źródła naszej tożsamości, jako celu naszej ziemskiej egzystencji. Nie znaczy to, że nasze życie kończy się na liturgii tudzież że nie musimy realizować dóbr niższego szczebla[2]. Oznacza to, że chrzest stanowi początek naszego życia a zjednoczenie z rzeczywistym ciałem i krewią naszego Pana jest w tym życiu zwieńczeniem naszej przyjaźni z Bogiem, a także środkiem najbardziej niezbędnym do przetrwania. Poza nimi nie ma w nas życia i nie możemy przekazać życia światu. Jesteśmy chrześcijanami o tyle, o ile prowadzimy sakramentalne, eucharystyczne i przepełnione liturgią życie - nie na odwrót. Nawet nasze uczynki miłosierdzia są chrześcijańskie tylko wtedy, gdy przepaja je całkowicie szacunek dla Boga i ducha Chrystusa, który chłoniemy poprzez liturgię Jego Kościoła.


Co jest niezbędne do tego, aby życie było prawdziwie przeniknięte liturgią? Liturgia wymaga czasu. Należy być gotowym, aby zrezygnować z czegoś - nadgodzin w biurze, dodatkowego czasu na relaks z przyjaciółmi, czasu wolnego w domu. Trzeba być, chociaż w pewnym stopniu, wyciszonym - na tyle dostatecznie, aby dostrzec potrzebę modlitwy i medytacji jako czynności ważniejszych niż nieskończone, "pilne" obowiązki zawodowe bądź przyjemności żądające naszej uwagi. Trzeba głęboko wierzyć w słowa Jezusa: "Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane" (Mt 6,33)[3]. Należy zdać sobie sprawę, że oficjalny, obiektywny, publiczny kult oddawany Bogu przez Kościół sam w sobie o wiele bardziej przewyższa nasze prywatne modlitwy, bez względu na to jak bardzo niezbędne są one w swojej kolejności.

Wydaje mi się, że powodem, dla którego jesteśmy dalej niż kiedykolwiek od wykształcania i ćwiczenia tych nawyków, jest to, że wraz z współczesną liturgią, która jest powierzchowna, horyzontalna i zmienna, nie jesteśmy skłonni zgodzić się na to, aby była ona podstawową, kluczową i najważniejszą czynnością naszego katolickiego życia. Podświadomie wyczuwamy, że nie służy ona temu celowi: jest zbyt skromna, zbyt niewyraźna, zbyt ludzka, zbyt nieistotna. Jak powiedziałby P.G. Wodehouse: "Nie fascynuje." Nie będąc ani kontemplacyjną skarbnicą jak cicha msza, ani majestatycznym widowiskiem jak uroczysta suma, zaczyna się i kończy nie porwawszy naszej wyobraźni ani serca. Jeśli wciąż uczęszczamy na nią tydzień w tydzień, to z poczucia obowiązku i z sentymentu do wspólnoty. Jeśli, tak jak coraz więcej katolików, odchodzimy, to zapewne dlatego, że nie było czego zostawiać. Zamiast wszechobejmującej i ze wszech miar wymagającej filozofii życia, skierowanej ku całkowitemu zanurzeniu w misterium Boga, współczesnym katolikom podano "lekką doktrynę" i "lekkie nabożeństwa". Ta pierwsza jest warta, aby żyć i umrzeć dla niej. Ale te drugie. . . ?


Peter Kwasniewski

Przypisy

[1] Przychodzą mi tu na myśl słowa przedsokratejskiego filozofa Heraklita (ca. 535–475 p.n.e.): I choć wszystko wedle tej mowy [logos] zachodzi, to oni jednak podobni są do nieprzytomnych, gdy próbują zdać sobie sprawę ze słów i czynów, tak jak ja je wykładam, rozróżniając wszystko wedle natury i mówiąc, jak jest. Reszta ludzi nie pomni nawet tego, co czyni na jawie, tak jak zapomina o tym, co czyni we śnie. Jaki jest bowiem ich rozum i serce? Ufają ludowym pieśniarzom i tłum obierają za nauczyciela, nie rozumiejąc, że złych jest wielu, dobrych zaś niewielu."

O społecznej, obiektywnej i (w pewnym sensie) nieuczuciowej naturze liturgii, zob. fragmenty z otwarcia rozdziału artykułu Spirit of the Liturgy opublikowanego w Guardianie, które umieściłem tutaj.

[2] Jak zwraca uwagę SWII: zob. Sacrosanctum Concilium, 9.

[3] Zob. Benedict Constable, "Attending the Traditional Mass: Well Worth the Effort."


Źródło
Tłumaczenie: Robert Włodarczyk