wtorek, 7 lipca 2015

Tradycjonalista - strażnik darów

Tradycjonalista, ale nie obcy na tym świecie,
jak niektórzy z nas chcieliby być w czasie zniszczeń i prześladowań.

Mówienie o tradycjonaliście wygląda trochę tak jak siedemdziesiąt lat temu, kiedy Leo Longanesi powiedział „Porozmawiajmy o słoniu” (1). Złe nawyki w rozumowaniu nie zmieniły się i Włochy rozdarte między faszyzmem i antyfaszyzmem, które były jednocześnie trochę katolickie, apostolskie i rzymskie, przypominają w ogromnym stopniu dzisiejszy Kościół, który tak czy siak jest zawsze trochę włoski. Właśnie tym czasie Longanesi piętnuje publicznie wybryki i hipokryzję inteligencji, która wolała przechwalać się podczas dyskusji na egzotyczne tematy, uwielbiała „mówić o słoniu” zamiast o oszpeceniu, którego była ofiarą i winowajcą. W ten sam sposób w dzisiejszym Kościele robi dobre wrażenie ten kto woli „mówić o tradycjonaliście” zamiast poddać się radosnej atmosferze autodestrukcji w której, jak to się mówi, „śpiewają i niosą krzyż” (2).

Łatwo można mówić „tradycjonalista” z tą samą beztroską z jaką wypowiedział te słowa Duclos Longanesiego. „Panowie, porozmawiajmy o słoniu – mówił niezwykły jegomość – jest to jedyne dość ważne zwierzę, o którym możemy mówić nie narażając się na niebezpieczeństwo w dzisiejszych czasach”.


Jednakże tradycjonalista, jeśli chcemy go naprawdę poznać, nie jest zwierzęciem o którym można mówić odwołując się do banałów. Nie jest tym kogo piętnuje się w kazaniach i rozmowach przy stole w Domu Świętej Marty, nie jest on jednym z tych zrzęd z przeglądów prasowych przedstawianych w mediach, nie jest jednym z miłośników socjologii przywiązanych do ciągle zmieniających się teorii, które znajdują się w stanie permanentnej ewolucji, nie jest jednym z biskupów, którzy wydają żałosne akty ekskomuniki przeciwko wiernym, którzy ośmielają się uczęszczać na Mszę Świętą Wszechczasów. Nie jest żadną z tych osób, ani wieloma innymi.

Tradycjonalista nie jest tym kim się zdaje być. Jest on w „tajemniczej i niezbywalnej zażyłości” z rzeczą, której już nie posiada, jest przystanią dla więzi łączącej niebo i ziemię w czasach zapomnienia wywołanego przez ziemskie pożądliwości, które przeniknęły do świątyni: a to jego ubóstwo, ta jego samotność, tworzą miejsce dla ciała i duszy, żeby mogły doświadczyć wielkości lub nędzy, spotkać swe zbawienie lub zgubę. Skałą, na której może się uratować lub rozbić jest życie ewangeliczne w świecie, nie będąc ze świata.

Pokusa wycofania się gdzie indziej, aby zachować ziemską czystość, która nie istnieje, jest sygnałem alarmowym i zwycięża tradycjonalistę z dużą łatwością. W ten sam sposób niektórzy tradycjonaliści wolą żyć w czarno-białym świecie, w którym nawet kolor niemalże wyszedł z mody. Kończą na tym, że uprawiają ogród którego inni ludzie, czyli moderniści, nie mogą ani oglądać, ani cieszyć się ze skarbów które tam rosną, nawet gdyby chcieli. Pogarda dla siostry Cristiny, która naśladuje Madonnę (piosenkarkę) znaczy niewiele lub zupełnie nic, jeśli nie rozumie się skąd pochodzi ten fenomen. Życie w świecie oznacza narażenie się na ryzyko zakażenia, wiedząc że lekarstwem jest nie należeć do niego. Można być albo człowiekiem współczesnym swoim czasom, nawet jeśli się walczy przeciwko nim, albo stać się kustoszem muzeum w którym przeszłość przestaje żyć i tworzyć tradycję, skoro nie ma już dla niej serca.

Przeznaczeniem tradycjonalisty jest zachowywać równowagę, tak jak w przypadku jednego z kościołów, które Proust chronił przed pazernością świeckiego państwa w artykule z 16 sierpnia 1904 roku, który pojawił się w Le Figaro i nosił tytuł: „Śmierć katedr”:
„A zatem lepiej jest zniszczyć kościół niż go zbezcześcić. Dopóki odprawia się tam Mszę Świętą, nawet jeśli jest on okaleczony, zachowuje swoje życie. Od dnia, w którym zostaje zbezczeszczony, kościół jest martwy i nawet jeśli będzie chroniony jako historyczny pomnik oburzających celebracji, nie będzie niczym więcej jak tylko muzeum. (…) Kiedy Ofiara Ciała i Krwi Chrystusa, Ofiara Mszy Świętej przestaje być sprawowana w kościołach, tracą one swoje życie.”
Z drugiej strony trzeba przyznać, że syrena wzywająca do wycofania się gdzieś indziej jest tak bardzo kusząca w dzisiejszych czasach, skoro sam Kościół jest bezczeszczony przez akty zdrady własnych dzieci i pasterzy. Strażnik tradycji przeżywa dziś dramat z pierwszych linijek Psalmu 11: „Salvum me fac, Dómine, quóniam deficit sanctus, quóniam diminúte sunt veritátes a filiis hóminum” (Ratuj, Panie, bo nie ma pobożnych, zabrakło wiernych wśród ludzi), których ocenia się poprzez pryzmat czasu w której nie ma już świętych. Szczerość liczy się coraz mniej pośród synów ludzkich a kto powinien strzec czystości prawdy mówi „wargami podstępnymi”.

To jest źródło wielkiej pokusy: zadać pytanie Psalmisty Bogu, ale odpowiedzieć na nie własnymi słowami. Dylemat, który stanowi o tradycjonaliście jako takim, świadomość bycia tym co stracił jest także to, że musi zdecydować czy kochać jeszcze Kościół, który stał się nieodpowiedzialną macochą lub zatracić się w żarliwym i gorzkim żalu względem Kościoła, który kiedyś był matką i nauczycielką. Ten obcy w Kościele nie może uciec od wyboru narzuconego przez czasy w których żyje, mianowicie: czy zatrzymać dla siebie skarb, czy też odnieść go, przez nawę i pod łukami, przed ołtarz z którego został strącony. Jeśli on ma w sobie miłość, podzieli między braci ziarno, które zdołał uratować. Jeśli jej nie ma, zachowa je dla siebie, nieuleczalnie kończąc na tym, że będzie formować ten skarb na swój obraz i podobieństwo i uczyni go jałowym.

Ten, kto zbeszta go za zamienianie chleba w kamień i zatwardzanie swojego serca, intelektualista czy legalista, jest niedoświadczony i błędnie myli go z jego własną karykaturą. Czarodziej, który rzuca czary jak kamieniami w swoich naśladowców nie ma nic wspólnego ze strażnikiem tradycji, ma zupełnie inne pochodzenie.

Potwierdzają to świadectwa katolików o poglądach progresistowskich. Już w latach osiemdziesiątych byli liberalni i swawolni. Kiedy się rozwodzili, przeżywali dramatyczne chwile, „takie w którym musieli powiedzieć ojcu”: takim „ojcem”, obojętnym i nieustępliwym, był serwita David Maria Turoldo, prorok nowych czasów i nowego Kościoła, który znalazł właśnie w poparciu dla rozwodów (3) klucz do głoszenia swojej religii na świecie. Moralność i miłosierdzie bez prawdy zawsze przeobrażają się w moralizatorstwo i przemoc.

Nikt nie odpowiada mniej temu opisowi niż ks. Bournisien (dzisiaj postrzegany tylko jako tradycjonalistyczne kuriozum), kapłan, który udzielił sakramentów madame Bovary na łożu śmierci.
„Kapłan – pisze Flaubert – wstał, by wziąć krucyfiks, wówczas wyciągnęła szyję jak ktoś bardzo spragniony i przywarłszy wargami do ciała Boga-człowieka, złożyła na nim z całej swej konającej siły najżarliwszy miłosny pocałunek, jaki dała kiedykolwiek. Potem ksiądz odmówił Miserere i Indulgentiam, umaczał wielki palec prawej ręki w oleju i rozpoczął namaszczenia: najpierw oczu, które tak pożądały wszystkich ziemskich przepychów, potem nozdrzy złaknionych ciepłych podmuchów i woni miłosnych, potem ust, które się otwierały do kłamstwa, stękały z pychy i krzyczały z lubieżności, potem rąk, co rozkoszowały się słodyczą dotknięć, i wreszcie stóp, tak niegdyś chyżych, gdy biegła zaspokoić swe żądze, a które nie miały chodzić już więcej. Ksiądz wytarł palce, wrzucił w ogień kawałki waty, nasiąkło oliwą, i usiadł przy umierającej, by jej powiedzieć, że winna teraz zjednoczyć swe cierpienia z cierpieniami Jezusa Chrystusa i zdać się na miłosierdzie Boże.”

Ten ciąg znaków, tak niebiańskich i tak materialnych, „ad oculos, ad aures, ad nares, ad os compressis labiis, ad manus, ad pedes” byłby skuteczny nawet gdyby człowiek nie otworzył na nie swojego serca, ponieważ wypływają one z Serca Boga. I jest czymś tragicznym, że owe znaki są przedstawiane jako dowód braku uczuć każdego kto nadal próbuje utrzymać je przy życiu, prawie tak jakby uległość wobec ziemskich dobytków mogła być cenniejsza w oczach Pana. Nie ma nic na ziemi co byłoby warte tyle co forma i materia sakramentu dla uświęcenia i wywyższenia życia i śmierci ludzkiej:
„[Emma] nie była jednak już tak bardzo blada i twarz jej miała wyraz pogodny, jakby sakrament ja uzdrowił.”

Proust, literacki ojciec gorliwych ateistów był oczarowany lekkością tych wersów. I być może to właśnie wspaniałość liturgii skłoniła go do tego, że zdecydował się zachować jako jedną ze swoich najdroższych pamiątek - różaniec, który mu przywieziono z Ziemi Świętej, do tego stopnia że wiele razy prosił służącą, by umieściła go między jego dłońmi w momencie śmierci.

Jednakże, nawet będąc strażnikiem wspaniałości i tak ogromnego splendoru, tradycjonalista może popaść w coś co jest „zbyt ludzkie” a może nawet tylko „ludzkie”, w coś co nie polega na objaśnianiu doktryny i okazywaniu troski duszpasterskiej, którymi jego serce się nie interesuje, ale na zatrzymaniu tego wszystkiego dla siebie, prawie tak jakby był w awangardzie jakiejś wstecznej rewolucji zamiast być żołnierzem służącym pod sztandarem przeciwnym każdej rewolucji.

Taka pokusa jest owocem wdrażania politycznych kategorii do Mistycznego Ciała Chrystusa: jedynego miejsca na tym świecie w którym nie są efektywne i muszą ponieść porażkę. Dowodem jest Sobór Watykański Drugi, powierzony przez modernizm wizji spolityzowanej, który doprowadził niektórych tradycjonalistów do ulegnięcia wielkiemu rewolucyjnemu oszustwu, i w efekcie do zajęcia jednego z dwóch fałszywych, przeciwnych sobie stanowisk. Z jednej strony utrzymuje się, że Sobór nie może się mylić, a więc odkąd niektóre dokumenty Vaticanum II sprawiają trudności, papież, który je promulgował oraz jego następcy, którzy je zaakceptowali, stracili najwyższy autorytet, nawet jeśli nie „formalnie”: są papieżami tylko „materialnie”. Z drugiej strony, mówi się, że Sobór nie może się mylić, a więc Vaticanum II nie pomyliło się, wobec tego nie tylko jest to prawdziwy Sobór, ale jest także probierzem względem którego należy oceniać całe Magisterium, które go poprzedzało. Podczas gdy dla pierwszych cały Sobór jest w całości do wyrzucenia, drudzy uważają że należy go w całości zaakceptować. Jednakże chodzi o tę samą pozycję, która po prostu została odwrócona.

Zarówno pierwsi jak i drudzy stracili z oczu perełkę „Magnopere curandum est ut id teneatur quod ubique, quod semper, quod ab omnibus creditum est” pochodzącą z „Commonitorium” św. Wincentego z Lerynu: „Należy się trzymać tego, w co wszyscy zawsze i wszędzie wierzą.” Tradycjonalista ponosi porażkę, kiedy oddziela zachowanie i przekazywanie wiary od praktykowania miłości i bierze ją jako zakładnika własnej inteligencji, własnego ego.  Dlatego też nadmierne wyrafinowanie teologicznej dyscypliny poprzez ciągłe wydawanie ostrych sądów doprowadza go do tego, że staje się tępy i nie jest w stanie rozmawiać z bliźnim. Bez względu na to, czy skłania się on w stronę neokonserwatyzmu czy w stronę sedwakantyzmu, w rezultacie mamy do czynienia z tradycjonalizmem afatycznym, graniczącym z autyzmem, który zadowala się swoją własną czystością, a może jeszcze bardziej nieczystością innych. Na płaszczyźnie duszpasterskiej ma w nim swoje źródło kryzys duchowieństwa: nadużycie władzy i potępienie bez zdolności niesienia przebaczenia. Na płaszczyźnie doktrynalnej wywodzi się z niego grzech pychy: potępienie bez zdolności niesienia prawdy.

Jednakże byłoby zbyt proste, zbyt polityczne, wdrożyć teorię przeciwnych ekstremów w świecie tradycjonalistów, aby spróbować ocalić dobre i czyste centrum. Przerost surowości jest strasznym wirusem który uwielbia mnożyć się wszędzie tam, gdzie przykłada się uwagę do intelektu oraz doktryny i, w fazie inkubacji, nie trzeba mu wiele by był zadowolony. Wystarczy mu, że komora mózgowa tradycyjnego katolika pulsuje trochę mocniej i trochę szybciej niż takiego, który jest miłosierny. A więc tradycjonalista, który słusznie i po katolicku przeraża się na widok szpitala polowego, gdzie każde zło jest leczone poprzez corazón (4), ryzykuje że zapomni, że ludzie to dusze wewnątrz ciał. Traci z oczu sens maksymy Piusa X: prawdziwymi przyjaciółmi ludu nie są ani rewolucjoniści ani nowatorowie, lecz tradycjonaliści.

 I to nie w uroczystym liturgicznym pochodzie, w kosztownych szatach, w drogiej ornamentacji leży przeszkoda dla tradycjonalisty, aby zaprzyjaźnić się z ludem. Kto oburza się lub wyśmiewa z szacunku do takiej wspaniałości nie wie, że te liturgie, te szaty, ta ornamentacja mogą stać się zbawieniem dla Emmy Bovary i dla staruszki, która ciągle klęczy i modli się na różańcu, że mogą towarzyszyć królowi podczas koronacji lub kapłanowi wobec plutonu egzekucyjnego hiszpańskich lub meksykańskich rewolucjonistów. Wielkie dzieła pomocy i wzajemnego wsparcia zrodziły się w sercu Kościoła w czasach, w których Najświętszy Sakrament przechodził pod wspaniałymi baldachimami między tłumem klęczących wiernych. Tradycjonalista jest przyjacielem ludu właśnie dlatego, że utożsamia się z tym uroczystym liturgicznym pochodem, tymi kosztownymi szatami, tą drogocenną ornamentacją, ofiaruje je Bogu i dlatego nie prosi ludzi o nic w zamian.

W ten sposób można uleczyć ciała bez zapominania, że są w nich dusze. Jak Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, dusza szczęśliwa, że jej formą jest chore ciało. Pewnego dnia, podczas choroby która towarzyszyła jej aż do śmierci, mała Teresa otrzymała różę w prezencie od innych sióstr. Zamiast wstawić ją do wazonu, obrała ją z płatków i obsypała nimi krucyfiks z nabożeństwem i miłością, jakby chciała ukoić rany Chrystusa. „W miesiącu wrześniu” powiedziała, wykonując ten gest „mała Teresa znów zbiera płatki wiosennej róży”. A następnie “En éffeuillant pour Toi la rose printanière, je voudrais essuyer tes pleurs!”. „Składając Ci płatki wiosennej róży, chciałabym otrzeć Ci łzy.” A ponieważ płatki spadały na ziemię i istniało ryzyko, że się zgubią, wtedy już umierająca Teresa pospieszyła zachęcać inne siostry, aby nie zmarnowały takiego piękna: „Zbierzcie je, moje siostrzyczki, przydadzą się Wam, aby później zrobić z nimi coś dobrego, nie zgubcie ani jednego…”. Był wrzesień 1897 roku. We wrześniu 1910 roku jeden z tych płatków uzdrowił starego Ferdynanda Aubry z raka jamy ustnej.

Tradycjonalista ma w ręce podobne płatki i, jeśli nie chce zostać zgubionym, powinien nieustannie pamiętać, że nie należą do niego. Tylko w ten sposób będzie w stanie znaleźć miejsce, nawet małe, na jednej z tych świętych scen z witraży katedr, które oczarowały Prousta, a które lada chwila zostaną zbezczeszczone przez państwo francuskie.

Obrazy tak bardzo katolickie, że poruszają wszystkich:
„Nie tylko królowa i książe (…). O wy wszyscy, z witraży w Chartres, Tours, Bourges, Sens, Auxerre, Troyes, Clermont Ferrand, Tuluzie: bednarze, garbarze, aptekarze, pielgrzymi, wieśniacy, rusznikarze, tkacze, kamieniarze, rzeźnicy, wikliniarze, szewcy, kantorzyści, o wy, wielka cicha demokracjo, zawzięci wierni słuchający Urzędu, wciąż obecni, ale piękniejsi niż w dniach waszego życia, w chwale nieba i krwi cennego witraża, nie wysłuchacie już Mszy, której obecność w waszym życiu sobie zapewniliście, oddając na wybudowanie kościoła wasze najdrogocenniejsze złote monety.”

Taką drogocenną monetą, którą tradycjonalista może zapewnić sobie miejsce pośród tych braci jest światło doktryny i liturgii, ale ma ono płonąć miłością.

Alessandro Gnocchi
Tłumaczenie z włoskiego: Marek Kormański
Wersja angielska artykułu
Zdjęcie: Joseph Shaw

Przypisy:
(1)   Leo Longanesi (1905 – 1957): pisarz, dziennikarz, eseista, satyryk. Autor “Parliamo dell'elefante- frammenti di un diario” (Porozmawiajmy o słoniu – fragmenty pamiętnika) z roku 1947. Ironiczne znaczenie tytułu polega na tym, że jedynym „ważnym”, „wielkim” tematem który mógł być omówiony swobodnie i publicznie pod rządami Mussoliniego było duże zwierzę lub podobne sprawy.
(2)   Włoskie określenie tych, którzy beztrosko robią wszystko i nic podczas procesji religijnych.
(3)   Chodzi o debatę na temat wprowadzenia prawa rozwodowego we Włoszech. Silne wsparcie „progresywnych katolików” było niezbędne dla ustanowienia liberalnego prawa rozwodowego, które zakończyło się zwycięstwem zwolenników rozwodów (59%-41%) w referendum w 1974 roku, kolejna zawstydzająca porażka coraz bardziej ignorowanego Pawła VI. Podobna rzecz miała miejsce z katastrofalnym prawem aborcyjnym z roku 1978, w ostatnim roku jego godnego pożałowania, zdemoralizowanego pontyfikatu. Zostało ono wprowadzone podczas czwartej kadencji rządu Chrześcijańskiej Demokracji (DC) pod przywództwem całkowicie „establishmentowego katolika wiernego Soborowi Watykańskiemu II”, Giulio Andreottiego (który teoretycznie, ale tylko teoretycznie, był przeciwny wprowadzeniu tego prawa). Pomimo swoich ogromnych wysiłków, Jan Paweł II nie był w stanie naprawić powstałych szkód, ale wpływ zarówno jego jak i Benedykta XVI z biegiem czasu wzrósł wystarczająco, żeby zablokować badania nad embrionami i in-vitro podczas referendum w 2005 roku, zbojkotowanego przez Kościół. Jednakże sukcesy tandemu Wojtyła-Ratzinger w naprawianiu szkód Montiniego poprzez wspieranie rodziny i życia należą już do przeszłości, jak jasno wynika z obecnej parlamentarnej debaty na temat „związków” partnerskich dla „par” tej samej płci, która zaczęła się na poważnie dopiero po abdykacji Ratzingera.
(4)   Corazón – z hiszp. serce, ale także metaforycznie: współczucie, dobroć.