czwartek, 4 czerwca 2015

Zła liturgia nie może być dobra dla duszy

Ktoś kto zwie się Simcha Fisher na National Catholic Register wyraził opinię, którą często słyszałem w ostatnich latach i wydaje się dogodne ją teraz skonfrontować. Mówi ona, że uczęszczanie na złą liturgię może być dobre dla duszy. Cytując blogera:

Możesz też pomyśleć sobie „Chrystus jest tutaj i skoro On potrafi to znieść, to ja też”. Możesz uważać, że żartuję, ale piszę to zupełnie poważnie. Raz na jakiś czas uczestnictwo w liturgii, którą uważamy za niewystarczająco dobrą, może być dla nas dobre. Dobrze gdy czujemy, że jesteśmy jedynymi osobami, które rozumieją farsę, która się dzieje wokół nas. Dlaczego? Ponieważ w pewnym momencie, wśród hałasu i aktów całkowitego braku szacunku oraz głupich klaskanych pioseneczek mamy iść do Komunii. Przyjmiemy Boga do naszych ust. I jeśli mamy w sobie choć krztynę szczerości będziemy musieli pomyśleć „Nie, ta oprawa nie jest wystarczająco dobra. Tak samo jak ja.”

(Proszę zwrócić uwagę na to dziwne poczucie obowiązku chodzenia do Komunii.) To nie jest po prostu jakiś dziwny argument. Jest on mylący i niebezpieczny.


Jest on dziwny, ponieważ, jak przyznaje autor, dobra liturgia jest godniejsza by ją poświęcić Bogu (mam tu na myśli zewnętrzną wartość liturgii; Msza oczywiście ma nieskończoną wartość wewnętrzną, jeśli jest ważna) i pomaga wznieść umysł i serce do Niego. Jeśli pomaga nam modlić się, wtedy, jakby się wydawało, sprawa byłaby rozstrzygnięta z subiektywnego punktu widzenia, a jeśli jest godniejsza Boga, wówczas sprawa jest zakończona obiektywnie. Jednak autorowi tego posta, jak wielu innym, udaje się zaakceptować te uwagi tylko po to, żeby potem je zignorować. Co więcej, powinno być czymś oczywistym, że trend w tego rodzaju liturgii zmierza w zupełnie innym kierunku niż do pokory: chodzi o to, żeby było ‘ok’, żeby po prostu była godna celebracji. Ks. Longenecker był jeszcze bardziej dosadny, krytykując dobrą liturgię za to, że sprawia, że ludzie czują się pokorni (naprawdę, sprawdźcie sami). Tak czy siak, argument wyrażony we wspomnianym poście miesza dwie różne rzeczy, dwa rodzaje złej liturgii.

Załóżmy, że idziesz na Mszę do zaniedbanego kościoła. Podłoga nie jest zamieciona, a dach przecieka. Ołtarz wraz z całym wyposażeniem prezbiterium jest brudny i wymaga napraw. Rubryki nie są ściśle przestrzegane, a łacina źle wymawiana (tradsi mogą lepiej zrozumieć mój tok rozumowania, jeśli wyobrażą sobie, że mowa o Mszy w formie nadzwyczajnej). Istnieją dwa wytłumaczenia takiej sytuacji, które można ze sobą łączyć w różnym stopniu: ksiądz i inne osoby odpowiedzialne za kościół są niedbałe lub brakuje im środków i możliwości, aby bardziej się przyłożyć. W drugim przypadku taka Msza, tak jak Msze odprawiane na polach bitew, na strychach domów prześladowanych rekuzantów (osób odmawiających uczestnictwa w nabożeństwach anglikańskich po odłączeniu się „Kościoła” Anglikańskiego), po kątach w obozach koncentracyjnych i tym podobnych miejscach, może być ofiarą, która ma wielką wartość zewnętrzną, gdyż kluczowym czynnikiem tej wartości jest w tym wypadku wysiłek woli, a nie efekt materialny. W pierwszym przypadku, np. w Mszach odprawianych przez księży ubogich duchowo, którzy być może staczają się i przestali się starać, jest to bardzo gorszące i stanowi niebezpieczny sygnał dla księdza. Ale w żadnym z wypadków nie przedstawia to tego rodzaju problemu, o którym myślą ludzie, kiedy narzekają na „złą liturgię”. „Zła liturgia”, na którą narzekają ludzie na blogach i w innych miejscach, jest tak naprawdę zupełnie innym zjawiskiem.

To właśnie liturgia jest tym, o co księża i inne osoby zaangażowane mogą bardzo dbać. Można włożyć w nią wiele funduszy. Najnowsze szaty liturgiczne z poliestru, gliniane kielichy i elektryczne gitary mogą być przygotowane. Tancerze liturgiczni mogli poświęcić godziny na próby. Efekt jest zarówno brzydki jak i amatorski, ale to dlatego że taki właśnie ma być. Brzydota i amatorstwo nabrały ideologicznego znaczenia dla liturgicznych planistów.

Brzydota jest ważna, ponieważ zewnętrzna forma nie powinna się liczyć: brzydkie gliniane kielichy nadają się tak samo dobrze jak ich szczerozłote odpowiedniki, a katolicy (według obowiązującej ideologii) powinni być zmuszeni, by przyzwyczaić się do nich, ponieważ przez to nauczą się w końcu, że nie liczy się zewnętrzna forma, ale wewnętrzna rzeczywistość. Jest to „Herezja Braku Formy”, którą w swojej książce o tym samym tytule atakuje Martin Mosebach: idea głosząca, że znaczenie ceremonii może przetrwać zmiany we wszystkich jej zewnętrznych formach i  że Najwyższe Piękno jest najłatwiej dostępne poprzez brzydotę, ponieważ wtedy nie jesteśmy rozproszeni przez zewnętrzną formę kontaktowania się z Nim.

Amatorstwo jest ważne, ponieważ duchowe uczestnictwo serca i umysłu wiernych podczas Mszy zostało całkowicie zapomniane (bez wątpienia po części dlatego, że serca i umysły nie wznoszą się już do Boga poprzez piękno). Zamiast tego każdy choć trochę poważny człowiek przychodzący na Mszę jest otoczony przez olbrzymi zastęp liturgicznych pomagierów, a jej lub jego ‘uczestnictwo’ jest zapewnione poprzez zaciągnięcie do prezbiterium, na chór lub jeszcze gdzieś indziej. Zamiast wybrać najlepszych ministrantów do służby i najlepszych śpiewaków do chóru, najlepszych krawców do uszycia szat liturgicznych i najlepszych rzemieślników, na których byłoby stać parafię, żeby przygotowali ołtarz i inne meble ołtarzowe, ksiądz czuje się zobowiązany, aby umieścić bezkształtne twory dzieci na ołtarzu, posłać najbardziej chrapliwe głosy na chór itd. itp. Wszystko po to, by dać im szansę „uczestnictwa” w liturgii. W sumie, jeśli efekt jest brzydki, ksiądz może odwołać się do punktu pierwszego ideologii, aby wyjaśnić taki stan rzeczy.

Liturgia, która ma swoje źródło w tej ideologii, może odciągnąć wiele osób od Kościoła, podczas gdy inni cierpią w milczeniu. Jednakże, nie powinniśmy zapominać o wielu zaangażowanych ludziach. Oni się przyzwyczajają, wchodzą w to i czerpią z tego satysfakcję. Ideologia ich przekonuje. A skoro ta ideologia jest fałszywa i niebezpieczna, jest to niezwykle złe zjawisko.

Ci, którzy czują się zobowiązani, aby uczęszczać na tego rodzaju złą liturgię wbrew swojej woli, będą później potrzebować ujścia dla swoich uczuć, aby upewnić się, że to nie oni są szaleni. Alternatywą jest danie szansy takiej liturgii, aby wniknąć do duszy, przyzwyczaić ją do siebie, a nawet sprawić, by owa dusza ją polubiła. Nie jest to kwestia znoszenia czegoś obiektywnie mniej wspaniałego niż Msza z orkiestrą i zabytkowymi szatami liturgicznymi. Jest to przyswojenie poglądów niebezpiecznych pod względem duchowym. To stracenie z oczu połączenia między pięknem i porządkiem stworzenia, a ich Boskim Stwórcą oraz porzucenie prawdziwego duchowego uczestnictwa w Najświętszej Ofierze Mszy Świętej na rzecz „aktywizmu”, uczestnictwa rąk i nóg, a nie serc i umysłów.

Simcha Fisher powinien przestać narzekać na ludzi narzekających na liturgię i zacząć pomagać im aby coś z tym zrobić.

Joseph Shaw

Zdjęcie pochodzi z bloga Bad Vestments.
Tłumaczenie:Marek Kormański