wtorek, 23 czerwca 2015

Tradycjonalizm a konserwatyzm

Mamy wiele powodów do radości we współczesnym Kościele, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych. Mamy wielu nowych, ortodoksyjnych biskupów i zdrową praktykę, mamy też diecezje, w których liczba powołań znowu rośnie po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci. Powstały nowe zakony i społeczności, które pękają w szwach od zapytań, postulatów i nowicjuszy. Nie muszę też chyba wspominać o odnowieniu zainteresowania muzyką sakralną, taką jak chorał gregoriański, pieśni kościelne w językach narodowych czy polifonia.

Przyznać jednak trzeba, że pewien problem, który stanowi przeszkodę na drodze do prawdziwej reformy i odnowy Kościoła. Jest nim dominacja postawy konserwatywnej wśród biskupów, kapłanów i wiernych nowej generacji. Od czasu, gdy po raz pierwszy uświadomiono mi różnicę pomiędzy konserwatystą a tradycjonalistą, niezmiennie mnie ona zdumiewa. Konserwatysta bowiem to ten, który pragnie konserwować to, co ma pod ręką, a to oznacza utrzymywanie statusu quo, korygując jedynie przydarzające się  błędy. Nie ma przy tym żadnej motywacji, aby powrócić do tego, co było i odzyskać to, co zostało utracone. Nie widzi on bowiem żadnego powodu, dla którego miałby tradycję cenić wyżej iż to, co jest teraz. Tradycjonalista z kolei myśli tak jak św. Wincenty z Lerynu, autor sławnego Commonitorium, napisanego w obronie niezmiennej treści wiary. Dla niego, tak jak i dla wielu innych ojców, Doktorów Kościoła i papieży, Tradycja sama w sobie lepsza jest od nowinek, które powinny budzić nieufność i którym należy się przeciwstawiać z całą bezwzględnością. A zatem tam, gdzie tradycję zatracono, tradycjonalista stara się ją przywrócić po to właśnie, by chronić Tradycję przez duże T; konserwatysta tymczasem zadowala się utrzymywaniem tego, co zastał, nawet jeśli jest dziadowskie czy skażone modernizmem.

Dlatego właśnie konserwatyzm, ku zdumieniu wielu osób, jest jedynie anemiczną, mniej uświadomioną formą liberalizmu, który każdą zmianę uważa za dobrą z natury, a zatem twierdzi, że im szybciej się ona dokona, tym lepiej. Nieważne przy tym jest, w którym kierunku ona prowadzi byle tylko jak najdalej od tradycji. Konserwatyzm zaś twierdzi, że lepiej trzymać się tego, co się posiada, zamiast poddać się bez walki. Nie dostrzega jednak, że z powodu dominującego liberalizmu z każdym kolejnym dniem co raz więcej skarbów jest nam odbieranych, coraz więcej wartości jest podważanych i notorycznie przemilczanych, a co za tym idzie coraz trudniej jest je uchronić przed zatraceniem. Konserwatyzm to liberalizm w zwolnionym tempie: konserwatysta chroni to, co dla niego wartościowe siłą woli jedynie, nie zaś mocą niepodważalnej zasady. Wraz z zanikiem prawdy i oswajaniem się ludzi ze stratą, konserwatysta traci grunt pod nogami; załamuje tylko ręce, patrząc jak piękne rzeczy są rozmontowywane i zapominane. Tymczasem, obstawanie przy Tradycji wykracza poza zwykłą ochronę tego co jest, ponieważ domaga się miłości i obrony dziedzictwa, które jest przekazywane w całości i pod żadnym pozorem nie może ulec sprzeniewierzeniu. Jeżeli jakaś cząstka się gubi, tradycjonalista wie, że należy dołożyć wszelkich starań wbrew wszelkim przeciwnościom, aby ją odzyskać.

Z tego wszystkiego wynika, że tradycjonaliści są i muszą być – już przez samo swoje oddanie Tradycji – reformatorami pełnymi rozsądku, świętości i cierpliwości na wzór św. Jana od Krzyża czy św. Teresy od Jezusa. Gdziekolwiek tradycjonalista dostrzega poważne odstępstwo od Tradycji, walczy usilnie o to, aby poprawić błąd i przywrócić to, co godne. Podstawowy problem jest taki, że jeśli ktoś nie rozumie Tradycji, czy to jako zasady formalnej, czy też jako żywej treści, nie jest w stanie stwierdzić, że coś jest nie tak ze statusem quo.  Brakuje mu bowiem punktu odniesienia i wyczucia proporcji. Jednym słowem, jeśli ktoś obstaje przy czymś nie ze względu na zasadę, a jedynie z czystego sentymentu czy przyzwyczajenia, prędzej czy później pozwoli to sobie odebrać. Co więcej, sam sobie będzie winien. Odwrotność tej zależności jest również prawdziwa: Jeżeli ktoś obstaje przy czyś, ponieważ jest prawdziwe, dobre i piękne, nigdy nie pozwoli, aby ktoś mu to wykradł z umysłu  czy serca. Nawet jeśli świat będzie go za to prześladował. W wyznaczonym czasie Pan wskrzesi to, co umarło, tchnąc w nie nowe życie wbrew wszelkim przewidywaniom ekspertów.

                Wielu współczesnych biskupów jest konserwatystami, a nie tradycjonalistami, dlatego tak nikłe jest ich pragnienie, by odtworzyć to co przeszłe, by odkryć na nowo i przekazać pełnię dziedzictwa, ponieważ (1) sami słabo je znają i nawet nie wiedzą jak zostało utracone; (2) nie chcą poznać jego wartości ani też wiedzieć jak wielką tragedią byłoby jego zniszczenie; (3) zadowalają się status quo o ile tylko wolne jest od jaskrawych ekscesów czy wypaczeń. (To zaś, co uznaje się za odstępstwo różni się znacznie w zależności od konserwatysty. Na przykład,  jeden stwierdzi, że świeccy szafarze czy ministrantki przy ołtarzu to niedopuszczalne zerwanie ze wspólną tradycją Wschodu i Zachodu sięgającą najwcześniejszych dostępnych nam liturgicznych i kanonicznych zapisków, podczas gdy inny takie praktyki uzna jedynie za sprawy administracyjne i biurokratyczne nie mające większych skutków.)


Twierdzenie, iż nie można wprowadzić tej czy innej reformy, a najlepsze jest wrogiem dobrego, to zwyczajny objaw tchórzostwa. Złe albo gorsze bowiem jest z kolei wrogiem dobrego, a przecież wystarczy toczyć jeden bój na raz. Odwagą jest zaprzestanie marnowania czasu i natychmiastowe podjęcie zdecydowanych kroków, choćby najmniejszych, choćby tylko jeden. Każdy upływający dzień utrwala każdy zły nawyk. Zagrożona jest odrębna tożsamość i ciągłość Kościoła, jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego Kościoła, którego Tradycja jest absolutnie warta jest tego, aby ją kochać, dla niej żyć i umierać.

Peter Kwasniewski
Tłumaczenie: Piotr Klinger