czwartek, 18 czerwca 2015

O słuszności określania się mianem „tradycyjnego katolika”


W setną rocznicę śmierci św. Piusa X, dla którego tradycjonaliści „są prawdziwymi przyjaciółmi Ludu“.

Plik:Pius X.jpg Często spotkać się można ze sprzeciwem wobec stosowania przymiotników takich jak „tradycyjny” czy „tradycjonalistyczny” do określenia swojego katolicyzmu. Pisałem już o tym wcześniej w magazynie Rorate, ale myślę, że temat ten wymaga nieco więcej uwagi.

Ktoś mógłby mieć następujące zastrzeżenia: pomimo iż tradycja jest niewątpliwie głównym komponentem katolickiego życia i zarówno jej odbiór jak i jej przekazanie kolejnym pokoleniom stanowi najważniejsze zadanie Kościoła, stanowi ona wciąż tylko jedną z wielu części składowych. Dlaczego więc miałaby ona być wyszczególniona jako fundamentalna, co w istocie ma miejsce, gdy ktoś definiuje się mianem tradycyjnego katolika? Tradycja nie jest sama w sobie kryterium prawdy, a jedynie środkiem do jej poznania oraz – w pewnym stopniu – jej gwarantem. Zachowujemy to, co przekazał nam Chrystus, ponieważ wiemy, że jest to prawdziwe. Prawdziwe, gdyż pochodzi od Wcielonego Słowa, a nie dlatego, że zostało nam jako takie przekazane. Nie ulega wątpliwości, że konieczność jak i wartość tradycji jest dzisiaj odrzucana, ale nie wydaje się to wystarczającym powodem, by określać się mianem „katolika tradycyjnego”. Nie można tego uzasadnić – o ile słuszne jest to, co dotychczas powiedziałem i podstawowego kryterium Wiary nie stanowi tradycja jako taka – tym, że tak często się od niej odchodzi. Nie powinniśmy przesadnie eksponować prawdy, której zaprzecza ktoś inny, tylko nadać jej właściwe miejsce w naszym myśleniu.

Czy nie słyszeliście o tym (kontynuuje wywód ten, który zgłasza zastrzeżenia), że papież Benedykt XV skrytykował zestawianie różnych określników ze słowem „katolik” w swojej pierwszej encyklice Ad Beatissimi Apostolorum w 1914 roku? Było to niedługo po tym, jak zdecydowane działania papieża św. Piusa X powstrzymały kryzys modernistyczny, a zatem zarówno w tamtych czasach jak i dzisiaj ludzie odczuwali potrzebę, aby odróżnić się od innych katolików. Benedykt XV napisał:

Chcemy, aby się także nasi powstrzymywali od owych nazw, których w ostatnich czasach używać poczęto, aby katolików od katolików odróżnić; należy ich unikać nie tylko jako profanas vocum novitates, które ani prawdzie ani słuszności nie odpowiadają, lecz także dlatego, że stąd wielkie między katolikami powstaje zaniepokojenie i zamieszanie. Siła i natura wiary katolickiej ma tę właściwość, że jej nic ani dodać ani ująć nie można: albo się ją całą wyznaje, albo się ją w całości odrzuca. "Ta jest wiara katolicka, której, jeżeli kto wiernie i mocno nie wyznaje, zbawionym być nie może" (Symbol św. Atanazego). Nie ma zatem potrzeby czynienia dodatków do zaznaczenia wyznania wiary katolickiej; każdemu niech wystarczy wyznanie: "Imię moje chrześcijanin, nazwisko katolik" (…)

Cóż można odpowiedzieć na taką argumentację?

Po pierwsze, Benedykt XV z pewnością ma rację w tym, iż należy unikać mylących lub niewłaściwych kwalifikatorów, subiektywnych kategoryzacji takich jak „progresywny”, „modernistyczny”, „współczesny”, „liberalny” czy „konserwatywny”, ponieważ mieszają one świecką politykę i socjologię z religią. Nie można być, na przykład, „liberalnym katolikiem”, gdyż stanowi to sprzeczność w zestawieniu terminów. „Współczesny katolik” jest albo tautologią (ponieważ wszyscy żyjący są ipso facto współcześni), albo też umyślnym stawianiem się w opozycji do katolików przeszłości, co w istocie oznaczałoby zerwanie wielkiej komunii z Kościołem wszystkich wieków. „Konserwatywny katolik” również nie ma większego sensu, ponieważ nie precyzuje, co jest przedmiotem konserwacji i dlaczego. (Poza tym, jak już pisałem gdzie indziej, konserwatyzm jest niczym innym jak tylko liberalizmem w zwolnionym tempie). Istnieje całe mnóstwo podobnych określeń, które stanowią sprzeczność konceptualną albo też nie przekazują niczego treściwego czy właściwego.

Jest jednakże pewien określony i uzasadniony argument przemawiający za tym, że katolik może mienić się tradycyjnym, a nawet tradycjonalistycznym i nosić tę nazwę z dumą niczym order.

Wbrew przedstawionym powyżej zastrzeżeniom wiara katolicka nie jest jedynie powiązana z Tradycją, ale zwyczajnie nie może poza nią istnieć, nie może istnieć poza tym, co zostało nam przekazane. Tylko w Tradycji żyje i rozwija się. Tak jak Najwyższy Bóg zbawił nas nie przez jakiś abstrakcyjny system metafizyczny, ale przez krwawą i długą historię, tak też ustanowił Kościół Katolicki, jego doktryny i żywot jako rzeczywistość oddaną w ręce apostołom, którzy przekazali ją swoim następcom. Można mieć katechizm, który czyta się tak, jakby spadł z nieba z obiektywną i niezmienną treścią (jest to bez wątpienia styl odpowiedni dla katechizmu), ale wiara jest czymś żywym i konkretnym, co zostało przekazanym wybrańcom, a przez nich również i nam, współczesnym wiernym. W szerszym ujęciu, całość objawienia, z Pismem Świętym włącznie, stanowi część Tradycji. Biblia także przecież została oddana w ręce Kościoła i przez niego nam przekazana.

Ów przekaz jest integralny, kompletny, niezakłócony i w swej istocie nie podlegający zmianom, tak jak widzi to św. Wincenty z Lerynu. Błogosławiony John Henry Newman wykazuje zaś z nienaganną argumentacją, jak uprawniony rozwój, który dokonał się w toku historii zmienił nie prawdę samą, ale, niejako, jej przyodziewek. Innymi słowy, zmieniła się nie treść Słowa, lecz sposób jego wyrażania. Chociaż kryzys modernizmu można rozumieć na wiele sposobów, wydaje się, że sednem problemu jest przyswojenie heglowskiego (chociaż równie dobrze można by powiedzieć darwinowskiego lub marksistowskiego) pojmowania rozwoju doktryny: to, w co wierzymy dziś i to jak się modlimy różni się od tego, co było kiedyś. Tylko dlatego, że czasy są inne, inne miałyby być również nasze doświadczenia, uczucia, mentalność czy nauka. Tradycyjny katolik zdecydowanie odrzuca to heglowskie oszustwo i przyjmuje wincentowsko-newmanowską jedność objawienia takiego, jakim zostało nam przekazane w toku dziejów pod kierunkiem Ducha Świętego, który prowadzi Kościół do pełni prawdy.

Uznawszy, że istnieje nienaruszalna prawda, którą przetrwała przez wieki i która rozwijała się w sposób organiczny, należy stwierdzić również, iż może dojść do odstępstw od niej lub jej zniekształceń spowodowanych grzechami chrześcijan i wyjątkowo krnąbrnych pasterzy. Zagrożenie herezją jest nieustające; niezrozumienie, przeinaczenie, przewartościowanie, niedowartościowanie, zeświecczenie – wszystko to może się zdarzyć, a kiedy już się zdarzy, w duszach zarówno wiernych jak i hierarchów, którzy nie posiadają solidnej wiedzy ani praktyki może pojawić się zwątpienie podkopujące „wiarę niegdyś przekazaną świętym”. Najwyrazistszym tego przykładem jest, oczywiście Anglia za czasów Reformacji, kiedy to wszyscy biskupi za wyjątkiem św. Jana Fishera włączyli się w knowania króla Henryka VIII. Widać to także dzisiaj wśród ordynariuszy, z których jedni popierają autentyczną doktrynę katolicką w kwestii małżeństwa i rodziny i jej nauczają, a inni nie. Widać też podział (żeby użyć pierwszego z brzegu przykładu) na biskupów, którzy wiedzą i deklarują wprost, że Kościół Katolicki jest jedynym prawdziwym Kościołem Chrystusa, do którego wszyscy odszczepieńcy powinni wrócić wiedzeni głosem Boga oraz tych, którzy radzą ludziom pozostać na pozycjach jawnie heretyckich i schizmatyckich czy to trwale, czy tylko tymczasowo.

W tych właśnie punktach spornych następuje rozróżnienie na tradycjonalistów i pozostałych katolików. Tradycjonalista uzna, że możliwe jest – a raczej, że już to się stało – aby papież czy synod mógł wprowadzić język albo liturgię, która odbiega od trwałej, spójnej i czystej tradycji apostolskiej w jej wzroście organicznym, nie w sposób, który by zaprzeczał dogmatom czy sankcjonował grzech, ale w taki mianowicie, aby dogmaty zaciemnić, a błędy i odstępstwa upowszechnić. Jeżeli coś takiego ma miejsce, odpowiedzią nie może być zerwanie z tym, co starożytne, godne czci i niezniszczalne, ale uznanie za nieadekwatne i niebezpieczne tego, co od tradycji odbiega. Wymaga to zatem trwania przy tym, co sprawdzone i prawdziwe.

Powróćmy do argumentu papieża Benedykta XV. Określenie „tradycyjny” w połączeniu ze słowem „katolik” jest równie koherentne i znaczące jak dobrze znany przymiotnik „rzymski”. Bardziej nawet, gdyż „rzymski” może być interpretowany przez mniej wykształconych ludzi jako dowód na powszechność rytu rzymskiego wśród katolików, co jest oczywistą nieprawdą. „Tradycyjny” tymczasem uwydatnia fakt, że nasza wiara została nam darowana w całości jako depositum fidei przez Chrystusa Pana Jego apostołom, a następnie przez ich ręce i ich sukcesorów, a podstawowa treść wiary i moralności jest niezmienna. Bezpośrednim jej odbiciem zaś jest choćby liturgia, życie zakonne czy społeczna doktryna katolicka, która została z wielką troską zachowana, ustrzeżona, wzbogacona i przekazana nam w spadku.

Podsumowując, gdyby nic nie psuło się w państwie duńskim, „tradycyjny katolik” byłby tautologią, ponieważ inny nie mógłby istnieć. W świecie jednak, w którym istnieją nietradycyjni, a nawet wrogo do tradycji nastawieni wierni, zaliczający samych siebie do grona katolików, ów klarowny przymiotnik jednoznacznie oddziela (formalnych czy prawdziwych) modernistów od antymodernistów. W czasach panoszącej się ciemności, taka wyrazistość jest niezwykle potrzebna i hołubiona przez tych, którzy pragną fundamentalnych, a nie powierzchownych, rozwiązań.

Jesteśmy więc dumni mogąc nazywać się tradycyjnymi katolikami (czy też tradycjonalistami), co nie zaciemnia lecz uwydatnia i chroni chwałę naszego chrześcijańskiego imienia i katolickiego nazwiska. Prawdą pozostaje jednak to, że adhortacja Benedykta XV może być skierowana do każdego z nas:

„(…) niech tylko stara się być naprawdę tym, kim się być mianuje”.

Peter Kwasniewski
Tłumaczenie: Piotr Klinger