niedziela, 31 maja 2015

O tym czy Msza trydencka mogłaby być ulepszona i czy w ogóle powinno się podejmować takie próby


Po przeczytaniu mojego artykułu „O tym, jak Msza tradycyjna wspiera aktywne uczestnictwo bardziej aniżeli Nowa Msza” jeden z moich przyjaciół zarzucił mi, że moje stanowisko względem starej Mszy zdaje się wykluczać jakąkolwiek możliwość zreformowania usus antiquior pod kątem participatio actuosa. Odparłem, że nie miałem zamiaru dowodzić takiego stwierdzenia. Być może poprawa sytuacji, umożliwiająca osiągnąć ten chwalebny cel (oczywiście właściwie rozumiany) byłaby możliwa za jakiś czas, jako odpowiedź na namowy świętych lub samego wiernego Ludu Bożego.

Jestem przekonany, że zebranie komitetu lekkomyślnych „speców” od liturgii, których głowy są przepełnione wiedzą zdobytą podczas wątpliwej jakości formacji a także ideologicznymi przesłankami, nie jest sposobem na polepszenie czegokolwiek, co zostało nam przekazane przez Kościół. W tym samym stopniu jestem przekonany, że nawet w obecnej formie usus antiquior, odprawiany przez i dla katolików świadomych w kwestii liturgii, pozwala na zrealizowanie głównych celów Sacrosanctum Concilium lepiej niż forma zwyczajna – nawet zakładając że będzie ona odprawiana w duchu „reformy reformy” co, jak wiadomo, rzadko ma miejsce.

Taki stan rzeczy nie powinien dziwić. W końcu większość członków Ruchu Liturgicznego uważała, że rozwiązanie nie polegało na zmianie rytów Kościoła, ale na nauczaniu wiernych ceremonii, które odziedziczyliśmy. Nawet Sacrosanctum Concilium w tej kwestii wypowiada się inaczej niż w innych: „Nowości należy wprowadzać tylko wtedy, gdy tego wymaga prawdziwe i niewątpliwe dobro Kościoła, z zastrzeżeniem jednak, aby formy nowe wyrastały niejako organicznie z form już istniejących” (§23). Innymi słowy, bez względu na to co Bugnini (jeden z autorów konstytucji o liturgii świętej) życzyłby sobie w niej zamieścić lub wyobrażałby sobie że zostało w niej zamieszczone, promulgowany tekst wyraża, co zauważy każdy czytelnik mający zdrowy rozsądek, istotnie konserwatywną postawę, która oczywiście została zanegowana przez późniejsze wydarzenia. [Przypis 1]

W końcu to nie kto inny jak papież Paweł VI podczas audiencji generalnej 26 listopada 1969 roku otwarcie udzielił poparcia oraz bronił procesu wypierania łaciny z życia Kościoła a także odrzucenia chorału gregoriańskiego, pomimo wyraźnego nauczania soborowego, które stanowiło coś zupełnie innego - nauczania, które on sam razem z 2000 innych biskupów zatwierdził zaledwie kilka lat wcześniej. Trudno szukać przykładów tak skandalicznej pogardy dla soboru powszechnego w historii Kościoła. Mając na uwadze tak jawne nieposłuszeństwo pasterza nie można się dziwić, że jego pontyfikat cechowała i psuła go niewierność stada. Można to uznać za poetycką formę, poprzez którą boska sprawiedliwość została wymierzona. [Przypis 2]

Jednym z pierwszych zarzutów wysuwanych przeciwko katolikom, którzy kochają tradycyjną liturgię i pracują na jej jak najszybsze przywrócenie jest to, że patrzymy na przeszłość przez różowe okulary i że tak naprawdę przed Soborem sytuacja była bardzo zła i wymagała natychmiastowych zmian. Problem z wysunięciem tego zarzutu lub jego odparciu polega na tym, że istnieje wiele wartościowych dowodów, które są niezwykle zróżnicowane, z wieloma sprzecznymi elementami. Mimo wszystko, jeśli przyznamy, ze względu na dyskusję, że istniało wiele problemów w okresie przed Soborem, uważam że możemy ze spokojem powiedzieć, że jest jedna oczywista różnica między okresem przed szczytem liturgicznego zerwania z Tradycją (około 1965-1970), a okresem późniejszym.

Przed tym okresem wiadomo było, że katolicy gremialnie uczęszczali na Mszę Świętą i wydaje się, że ogromna rzesza ludzi próbowała zachowywać się pobożnie, lub przynajmniej okazywać szacunek, podczas Mszy Świętej. Rodziny razem uczęszczające na cichą Mszę, modląc się na Różańcu bądź czytając pobożne książki, raczej nie były sztandarowym przykładem participatio actuosa podczas liturgii, ale, jak podkreślił Ruch Liturgiczny, w wielu miejscach nigdy nie wprowadzono tego, o co prosił Św. Pius X, mianowicie, żeby Msza była śpiewana, żeby wierni śpiewali pieśni i dialogi części stałych i żeby zaznajomili się z modlitwami używanymi w liturgii. Jednakże było coś wyraźnie katolickiego w tym co robili katolicy w każdą niedzielę (a ci bardziej pobożni częściej): wiedzieli, że to była Najświętsza Ofiara Mszy, że Jezus był realnie i prawdziwie obecny w Eucharystii i że nie można było Go przyjąć jeśli było się w stanie grzechu śmiertelnego.

Liczba wiernych uczęszczających na Mszę Świętą malała już w połowie i w późnych latach sześćdziesiątych z wiadomych wszystkim powodów społecznych i kulturowych, jednakże po liturgicznym zerwaniu z tradycją, ucieleśnionym przez Mszał Pawła VI, ta liczba gwałtownie spadła. Sytuacja, z jaką stykamy się dzisiaj, czyli niewielką liczbą ochrzczonych, którzy w ogóle chodzą do kościoła, ma swoje źródło w tym okresie niespotykanej dotąd liturgicznej bezczelności, eksperymentowania, zerwania i zamętu. Ten spadek zaczął się wcześniej, to pewne, ale to przez ten niespotykany szok wywołany wstawieniem nowej liturgii na miejsce starożytnego rytu, który niósł w sobie i przekazywał kolejnym pokoleniom katolicką tożsamość, reformatorski szał w Kościele instytucjonalnym został bezapelacyjnie zatwierdzony. Był to ostatni gwóźdź do trumny. Parafrazując Josepha Ratzingera, jeśli w ten sposób Kościół potraktował swój najcenniejszy dobytek, swoje skarby duchowe, jakich innych aktów zdrady można było się spodziewać? Czy cokolwiek mogłoby pozostać spokojnie na swoim miejscu? Czy sama doktryna mogła przetrwać ten atak?

To dlatego część ludzi, w moim pojęciu słusznie, uważa synody o rodzinie (zeszłoroczny i nadchodzący) za logiczną kontynuację i wypełnienie soborowych reform. Sobór i lata tuż po nim były wypełnione zmianami w rytuale i dyscyplinie kościelnej, tak głębokimi jak to tylko możliwe, podczas gdy doktryna zdawała się być nietknięta. Jednakże w międzyczasie moderniści przygotowywali się jak tylko mogli na okazję do „odnowienia” również i doktryny. Kiedy mogą bez przeszkód wprowadzać zmiany, praktycznie nie istnieje nic w wierze czego by nie wypaczyli lub zmienili. Tak samo nie ma praktycznie niczego we Mszy Świętej, co nie zostałoby zmienione.

Przykre jest, że nawet uczęszczając na liturgię odprawianą w całości w językach narodowych, katolicy dzisiaj, ogólnie rzecz biorąc, wydają się nie być świadomymi tych podstawowych prawd wiary. I znowuż nie jest rozsądne twierdzić, że problem leży zaledwie w kiepskiej formacji. Sama forma liturgii nie przekazuje tych prawd w sposób efektywny. Jeśli nie słyszy się (lub nie widzi w mszaliku) modlitw wskazujących na to, że Msza Święta jest prawdziwą i właściwą ofiarą, jak możemy mówić że taka liturgia jest wierna samej sobie, wierna swojej naturze i celowi? Krótko mówiąc, zreformowana liturgia odrzuciła zasady Sacrosanctum Concilium w tym samym stopniu jak liturgia tradycyjna była w stanie spełnić je, gdyby tylko podjęto się cierpliwej formacji wiernych.

W tym sensie zdecydowanie podzielam pogląd dokładnie opisany przez Dom Alcuina Reid, że autentyczna formacja liturgiczna to złoty klucz do participatio actuosa i że bez tej formacji nie zajdzie żadna prawdziwa, dogłębna zmiana w tym jak wierni uczestniczą we Mszy, bez względu na to jak bardzo będzie się kombinować i majstrować przy liturgii. Będą oni pobożnymi lub półpobożnymi obserwatorami podczas starej Mszy lub znudzonymi lub na pół znudzonymi obserwatorami na Novus Ordo. Z tego też powodu coraz więcej ludzi dzisiaj jest przekonanych, że tradycyjna liturgia, która niesie ze sobą tak wiele okazji do uczestnictwa, jest idealnym punktem wyjścia dla duchowej odnowy chrześcijańskiego kultu, którą papież Jan XXIII zdawał się zaliczać w poczet zadań dla Soboru, a którą udaremnił Paweł VI poprzez swoje krótkowzroczne poprawki.

Czy to oznacza, że nie powinno się wprowadzać zmian w liturgii przekazanej nam przez naszych ojców? Taki wniosek zdaje się nie wynikać z naszych rozważań. Wręcz przeciwnie, liturgia powinna nadal rozwijać się organicznie, gdyż jest to zarówno oznaka jak i powód jej żyworodności. Ostatecznie do starego Mszału można by ostatecznie wprowadzić niektórych najbardziej umiłowanych świętych, kanonizowanych w ostatnich dekadach. Jednakże jest bardzo rozsądne, że po zawirowaniach mających miejsce w ostatnich 50 latach zmiana nie wydaje się zajmować pierwszych pozycji na liście życzeń miłośników świętej liturgii. Prawdziwie organiczny rozwój wymaga czasu, bardzo dużo czasu, i nie można go przyspieszać. Dzisiaj najbardziej potrzebne zmiany w Kościele muszą zajść w naszych umysłach i sercach kiedy po raz kolejny wchodzimy do skarbca kultu Kościoła i w ten sposób jeszcze raz uczymy się jak być katolikami. Zasadniczo to my sami potrzebujemy poprawy, nie liturgia.

Przypisy:
[1] Podobny problem można zauważyć w interpretacji Dignitatis Humanae autorstwa Johna Courtney’a Murray’a. Pomógł on ułożyć treść dokumentu, ale koniec końców, nie ma w nim tego o co zabiegał ani tego co, jak później twierdził, w nim jest. Krótko mówiąc (i bez udawania, że w dokumencie można znaleźć rozwiązania dla bardzo trudnych spraw w nim przedstawionych), nie popiera on prywatyzacji religii Locke’a ani bałwochwalczej tolerancji i dlatego też nie popiera amerykańskiego rozumienia dobra, które wypływa z rozdzielenia Kościoła i Państwa. Jeśli chodzi o konserwatyzm Sacrosanctum Concilium ani na moment nie zaprzeczyłem że momentami jest ono pełne szaleńczego zerwania z Tradycją, np. znosząc prymę. Jednakże ten dokument, bez względu na to jak na niego by nie spojrzeć, z prawej na lewo lub z góry na dół, nie może być po prostu przekuty w projekt stworzenia Novus Ordo Missae, które zjechało z taśmy produkcyjnej kilka lat później. Jej dokładne wdrożenie mogło zaowocować czymś na kształt przejściowego mszału z 1965 roku lub liturgią obecnie odprawianą w anglikańskim ordynariacie. Konstytucja zawierała luki, to pewne, ale zabawne jest, że koniec końców te luki, a nie jasne (lub mniej więcej jasne) zasady i wskazania, zdominowały wdrażanie konstytucji.


[2] Więcej informacji w moim artykule „Paul VI: A Pope of Contradictions.” Ktoś mógłby się pokusić o stwierdzenie: „papież oczywiście jest ponad soborem i wcale nie musi przestrzegać promulgowanych dokumentów soborowych. Prawdę mówiąc, samo ich znaczenie jest tak bardzo podporządkowane jego osądowi że nikt nie może kiedykolwiek powiedzieć, że papież odrzuca sobór lub jest mu nieposłuszny, gdyż sobór ma władzę tylko za zgodą papieża, zgodą którą on może cofnąć.” Według mnie jest to irracjonalny ultramontanizm, którego nie powinien popierać żaden katolik, który szanuje Tradycję, Magisterium czy papiestwo.

Peter Kwasniewski
Tłumaczenie: Marek Kormański