czwartek, 14 maja 2015

Msza trydencka a narody Azji

"Dla azjatyckiego umysłu, zrytualizowane gesty wyrażają kurtuazję i estymę, podczas gdy nieformalność i zbytnia poufałość zdradza brak szacunku. Nie jest więc zaskoczeniem, że narody Azji łatwo zauważają uświęcony charakter celebracji nadzwyczajnej formy Mszy św. i w naturalny sposób do niej ciągną." - tak ks. Horgan opisuje w brytyjskim Mass of Ages odbiór tradycyjnej liturgii przez narody azjatyckie. 
Kiedy w 1997 roku po raz pierwszy przyjechałem do Japonii, zauważyłem, że moi współbracia ze Stowarzyszenia Misyjnego Świętego Kolumbana i inni misjonarze z Zachodu entuzjastycznie wprowadzali w życie innowacje liturgiczne zatwierdzone przez Rzym w okresie posoborowym. Największą zmianą było, oczywiście, sprawowanie Mszy św. i udzielanie pozostałych sakramentów w języku japońskim oraz uproszczenie rubryk. Słowa wypowiadane przez celebransa domagały się teraz uwagi zgromadzenia, a gesty liturgiczne zostały zredukowane do minimum. Pomniejszono też symboliczną wartość ornatów i świętych figurek.

Takie było powszechne rozumienie „inkulturacji” liturgii w Azji. Skończyło się to na narzucaniu zachodniej wizji nieformalnych „wspólnotowych nabożeństw” ludziom, którzy wywodzili się przecież ze społeczeństwa kolektywistycznego i których krępowała niezrozumiała dla nich poufałość spotkań „wokół wspólnego stołu”.


Po dwóch latach nauki języka wysłano mnie do posługi w kościele św. Patryka w Tokio, a pod koniec trzyletniej służby zostałem wyświęcony na diakona. Zacząłem pomagać w parafii przy niedzielnej Mszy św. To była bodajże pierwsza albo druga niedziela, kiedy zaraz po nabożeństwie podszedł do mnie przewodniczący parafialnego komitetu liturgicznego i zapytał: „Dlaczego umyłeś kielich przy kredencji?”.
- To tylko obmycie, a w rubrykach jest napisane, że… - odpowiedziałem.
- Ależ to część ceremonii – odparł.
Byłem już wcześniej świadkiem japońskiej ceremonii picia herbaty; widziałem też, że przygotowanie i obmycie kielicha było misterną częścią całego rytuału; rozumiałem więc, co pan Masuda chciał mi powiedzieć: działania rytualne mają tę samą wagę, co wypowiadane słowa.
Japońska ceremonia herbaty jest aktem świadomego, dokładnego, rytualnego parzenia i picia filiżanki zielonej herbaty. Najczęściej towarzyszy mu cisza, aby uczestnicy mogli w pełni skupić się na ceremonii. W ten sposób stają się całkowicie obecni, a czas staje w miejscu. Ceremonia ta mająca swoje korzenie w buddyzmie Zen sprawia, że uczestnicy zostają przeniesieni do rzeczywistości chwili, wyzwalając się z niewoli upływającego czasu. Działania rytualne ważniejsze są od wypowiadanych słów, gdyż przenoszą one uczestników do innego wymiaru, w którym nie obowiązuje czas i w którym mogą nasycić swoją mistyczną świadomość.

W ciągu pierwszych lat spędzonych w Japonii zdumiewało mnie to, że w swoim entuzjazmie dla zmian liturgicznych większość misjonarzy pospołu z japońskimi biskupami i kapłanami nawet nie próbowało uwzględnić w nowej liturgii wschodnie zamiłowanie do rytualizmu. Nawet japońscy księża, którzy studiowali liturgikę w Rzymie i w Stanach Zjednoczonych, skupili się na współczesnym słownictwie, uproszczonym rytuale i nieistotnym uczestnictwie wiernych, który charakteryzował nowy obrządek. Sądząc, że ludzie zrozumieją zachodnie pojęcia teologiczne, o których gdzieś czytali czy słyszeli, zadowolili się odpowiedziami wiernych i ubóstwem rytualnych gestów. Zamiast przemyśleć adekwatność współczesnych form liturgicznych Zachodu dla swojej rodzimej kultury, stali się ich importerami. Oczywiście, w krajach azjatyckich Msza św. i sakramenty sprawowane są w nieco bardziej uroczysty sposób niż ma to miejsce w większości świata zachodniego, ale minimalizm tak charakterystyczny dla zreformowanej liturgii, dominuje również i tam.

Wśród 120 milionów Japończyków niecałe pół miliona wyznaje religię katolicką. Są oni rozproszeni po całym kraju. Starsi katolicy twierdzą, że zmiany lat 70-tych wyrządziły wielką szkodę. Pewien człowiek powiedział mi, że nowej liturgii brakuje godności; inny stwierdził, że nie posiada ona żadnej kulturowej wartości.

Msza św. starego rytu pozostawiła niezatarty ślad w japońskiej kulturze. Pięćset lat temu jeden z wielkich mistrzów ceremonii parzenia i picia herbaty Sen Rikyu (1522 – 1591), widząc Mszę odprawianą przez jezuickich misjonarzy, był ponoć tak poruszony sposobem, w jaki trzymali oni kielich mszalny, że wykorzystał ich ruchy w swojej ceremonii. W Japonii docenia się ten wkład i większość ekspertów go nie kwestionuje. Niektórzy twierdzą, że nie ma na to dowodów w zachowanych dokumentach, ale to nie dziwi zważywszy na to, że chrześcijaństwo było zakazane, a jego praktykowanie zagrożone karą śmierci od 1632 aż do 1871 roku. Inni z kolei nie chcą zaakceptować zachodnich i chrześcijańskich naleciałości w ich najbardziej estetycznym z rytuałów. Nie sposób jednak zaprzeczyć poszlakom. Pochodzący z Yorkshire profesor na Uniwersytecie Riukiu w Kioto, John Dougill, pisze w swojej książce „W poszukiwaniu ukrytych chrześcijan Japonii” (In search of Japan’s Hidden Christians):
„Współczesny potomek mistrza herbaty (Sen Rikyu), Sen Soshitsu przekonująco udowadniał katolicki wpływ na ceremonię; podobieństwa są uderzające. Na przykład, wzniesienie herbaty na wysokość głowy na znak szacunku i wytarcie miski białym ręczniczkiem. Cały rytuał zaś nosi podobieństwo do zgromadzenia dwóch lub trzech w duchowej jedności”.
Niestety, jako że ceremonia przypomina nadzwyczajną formę Mszy św., a nie jej współczesny odpowiednik, to podobieństwo rzadko kiedy jest dostrzegane.

W ciągu wielu lat spędzonych w Japonii odwiedziłem wiele shintoistycznych i buddyjskich świątyń, praktykowałem też medytację zen. Ilekroć widziałem rytuały pełne dostojeństwa i szacunku dla ich poprawności, ilekroć czułem zapach kadzidła w buddyjskiej świątyni albo słuchałem śpiewu sutr, mówiłem w duchu: „My też to mieliśmy, ale porzuciliśmy”. Kiedy więc papież Benedykt XVI opublikował Summorum Pontificum w lipcu 2007 roku, skorzystałem z przyzwolenia i zacząłem odprawiać Mszę św. w starym rycie. Jeden współbrat wszystkiego mnie nauczył i dodał mi otuchy. Najpierw odprawiłem tradycyjną Mszę św. wczesnym rankiem w uroczystość Chrystusa Króla w kaplicy naszego domu w Tokio w 2007 roku. Potem, w drugim tygodniu Adwentu w parafii św. Anzelma w Tokio po raz pierwszy odprawiłem publicznie Mszę św. starego rytu. Byłem wtedy dyrektorem Katolickiego Centrum Międzynarodowego w Tokio. To ciało diecezjalne odpowiedzialne za opiekę duszpasterską nad przybyszami z siedzibą właśnie w parafii św. Anzelma.
Pieczę nad nią trzymali wcześniej amerykańscy benedyktyni zanim archidiecezja tokijska kupiła ją w 1999 roku. Duszpasterzem tam był i wciąż jest inny współbrat, ojciec Leo Schumacher. Niewielka schola śpiewała tam pieśni gregoriańskie po wyjeździe benedyktynów, ćwicząc pilnie aż wreszcie otrzymali możliwość wykonania części zmiennych podczas mszy, którą odprawiałem. Pan Masuda przyjechał, aby posługiwać. Odkąd przeszedł na emeryturę, jak mówił, jeździł do Opactwa w Solesmes we Francji, aby brać udział w liturgii Wielkiego Tygodnia i Bożego Narodzenia. Był zachwycony tym, że Msza św. starego rytu wróciła do parafialnego kościoła w Tokio.
Im bardziej oswajałem się z celebracją Mszy św. w formie nadzwyczajnej, tym bardziej rozumiałem rolę precyzyjnych rubryk. Określając sposób, w jaki miałem oddawać pokłon, trzymać dłonie czy kierować spojrzenie, rubryki koncentrowały całą moją uwagę na misterium, które sprawowałem. Mojego skupienia nad odprawianym rytuałem nie przerywało ciągłe zwracanie się do wiernych. Swoją uwagę w całości poświęcałem tajemnicom, które odtwarzałem. Każdy aktor wie, że kiedy całkowicie pochłonięty jest rolą, którą odgrywa, ściąga na siebie uwagę publiczności jak magnes. Podobnie  w nadzwyczajnej formie rzymskiego rytu, im bardziej celebransi skupieni są na swojej roli liturgicznej, tym większa koncentracja wiernych.
W 2008 roku przeniesiono mnie do Anglii, gdzie mogłem wreszcie spełnić marzenie o tym, by nawodnić korzenie swojej wiary i znów podjąć studia teologiczne w ich pierwotnym środowisku (chociaż w modernistycznym wydaniu). Instynktownie zacząłem czytać pisma św. Tomasza z Akwinu i średniowiecznych mistyków. Żyjąc w środowisku, gdzie wszystkie przejawy tradycji cieszą się szacunkiem i estymą, odczuwam silny pęd do poszukiwania wiedzy kryjącej się pomiędzy korzeniami i gałęziami mojej własnej filozoficznej i teologicznej spuścizny.

Podczas wizyty w Tokio w 2010 roku, zostałem zaproszony na coroczne spotkanie księży katolickich, protestanckich pastorów i buddyjskich kapłanów, aby kontynuować międzyreligijny dialog. Jednym z punktów konferencji była Msza św. po łacinie. Był tam też buddyjski kapłan ze świątyni położonej na wsi, którego znałem od kilku lat. W prywatnej rozmowie wspomniałem mu, że jest to tak naprawdę współczesna wersja starożytnej mszy według rytu, który zachował nieprzerwaną ciągłość od pierwszych wieków Kościoła aż do czasu, gdy został zakazany w 1970 roku. Powiedziałem mu, że papież ponownie zezwolił na ponowne jej odprawianie, ale wielu księży i biskupów wciąż jest jej niechętnych. Był zdumiony, że starożytny ryt mógłby zostać odrzucony przez tę sama religię, która zachowała go przez tak długi czas i że ktokolwiek mógłby bronić ludziom dostępu do niego.
- Dlaczego nie pozwolą ludziom uczestniczyć w obu formach? – zapytał. Jak bardzo buddyjski instynkt pluralizmu przewyższa nasz, pomyślałem sobie.

Chociaż Japończycy osiągnęli wysoki poziom doskonałości rytualnych aspektów swojej kultury, to jednak szacunek dla formy i ceremonii zarówno w życiu publicznym jak i prywatnym dominuje we wszystkich kulturach Azji. Dla azjatyckiego umysłu, zrytualizowane gesty wyrażają kurtuazję i estymę, podczas gdy nieformalność i zbytnia poufałość zdradza brak szacunku. Nie jest więc zaskoczeniem, że narody Azji łatwo zauważają uświęcony charakter celebracji nadzwyczajnej formy Mszy św. i w naturalny sposób do niej ciągną. Buddyjscy kapłani nigdy nie śpiewają sutr w języku ulicy. Dougill pisał: „Warto zauważyć, że wezwania do przywrócenia łaciny Mszy katolickiej motywowane są właśnie dlatego, że język martwy zapewnia większe poczucie tajemnicy”.
Wygnany z Azji w latach ’70 stary ryt powoli znów znajduje sojuszników. Instytut Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana ma jednego członka z Japonii, kanonika Rafaela Katsuyuki Uedę. Jest on kapelanem Una Voce w Japonii i jednym z księży, którzy odprawiają Mszę w Japonii. Braci i sióstr z Filipin znaleźć można w wielu tradycyjnych zakonach. Una Voce ma swoje oddziały również w Indiach, Malezji, Manili, Seoulu i Hongkongu, gdzie kardynał Zen czasami odprawia Msze św. dla członków organizacji.

W przeciwieństwie do Europy i Ameryki Północnej, żądania wprowadzenia ordynacji kobiecej i szerszego dostępu do Komunii Świętej nie zyskują w Azji większego posłuchu. Katolicki obrządek nie stanowi tam terenu walki, jak to ma miejsce w niektórych miejscach na Zachodzie. Wrodzony szacunek dla świętości, wszystkich form celebracji i intuicyjne rozumienie tego, że wszystko co dotyczy świętego rytu powinno ubogacać praktyki religijne nie pozwalają Azjatom wykorzystywać okazji do forsowania swoich własnych, osobistych preferencji. W istocie, wiele możemy nauczyć się od tych starożytnych kultur.

ks. Daniel Horgan
Tłumaczenie: Piotr Klinger, Justyna Wrzosek