piątek, 15 maja 2015

Msza tradycyjna jest bardziej odpowiednia dla dzieci niż Msza zreformowana

Chciałbym zwrócić uwagę na post Petera Kwasniewskiego na blogu New Liturgical Movement [przetłumaczony przez UnaCum.pl i dostępny tutaj] o dzieciach i formie nadzwyczajnej, a także dodać własne uwagi.
Napisałem już wiele o komunikacji niewerbalnej w liturgii i, jeśli chodzi o dzieci, których zdolności werbalne są ograniczone, jest czymś oczywistym, że jest to niezwykle ważny temat. W zreformowanej Mszy wszystko sprowadza się do kwestii komunikacji werbalnej: na głos wypowiada się wszystko co możliwe, występuje o wiele mniej powtórzeń podczas jednej Mszy, a także mniej powtórzeń między kolejnymi Mszami niedzielnymi. Oczywiście komunikacja niewerbalna jest istotna nie tylko dla dzieci. W nieśmiertelnych słowach katolika z klasy pracującej z Newcastle, z którym rozmawiał socjolog Anthony Archer, powiedział on na temat Nowej Mszy: „Człowieku, to jest jak jakiś wykład. Tylko się gada w kółko.” Novus ordo jest tak odbierane nie dlatego, że jest ono dłuższe, ale ponieważ wierny odbiera zwyczajną formę jako jeden wielki potok słów. Archer doszedł do wniosku, że Nową Mszę chwalą sobie głównie wykształceni, elokwentni katolicy wywodzący się z klasy średniej.

Można dodać, że często się mówi, iż kobiety bardziej niż mężczyźni zwracają uwagę na komunikację werbalną. Mówi się także, że słowo mówione, w przeciwieństwie do pisanego, jest o wiele łatwiej przyswajane przez dzisiejszych ludzi, co jest często powtarzane jako argument w dyskusji przeciwko stosowaniu lektur w dzisiejszym nauczaniu. Papież Paweł VI zauważył, że „człowiek dzisiejszych czasów jest wypełniony słowami”. Te obserwacje złożone w całość wyjaśniałyby wiele w kwestii przeciętnej wielkości i społecznej struktury wiernych gromadzących się na Novus Ordo, jednakże odbiegłbym zbytnio od tematu.

Pozostając w temacie dzieci, jest czymś oczywistym, że musisz robić coś więcej niż tylko rozmawiać z nimi i księża mówiący do dzieci podczas Mszy w zwyczajnej formie rytu rzymskiego często doskonale zdają sobie z tego sprawę. Ich wszystkie działania mają na celu dodanie do Mszy Świętej elementów komunikacji niewerbalnej, których w innym wypadku nie można by tam znaleźć: dzieci odgrywające scenki z Ewangelii podczas Mszy szkolnych, liturgie dla dzieci, dzieci zbierające się przed amboną itd. itp. Ogólnie rzecz biorąc, te próby zawiodły. Dzieci nadal nie potrafią się skupić, podczas gdy obecni na Mszy dorośli często są zażenowani. Istnieje kilka powodów tej porażki.

Pierwszym jest to, że nawet jeśli rozumie się jak ważne jest to, żeby liturgia nie składała się tylko ze słów, model komunikacji werbalnej w formie zwyczajnej jest do tego stopnia wpisany w jej liturgiczną kulturę, że wciąż za rzecz najwyższej wagi uważa się przekazanie dzieciom tak dużo dźwiękowych bodźców jak to tylko możliwe. To oznacza używanie jednosylabowych słów, wyjaśnianie każdej czynności liturgicznej za pomocą dziecinnych komentarzy, odmawianie „dziecięcych Modlitw Eucharystycznych” itd. Problem polega na tym, że bez względu na tym jak bardzo skróconą Mszę się odprawi, ciągle pojawia się coś co można skomentować: ofiarowanie darów, obmycie rąk, słowa ustanowienia, komunia wiernych. Wszystkie te wydarzenia są dość charakterystyczne, wszystkie bogate w znaki i złożone, i wszystkie następują po sobie dość szybko. W rezultacie dzieci są zalewane ogromnym potokiem bodźców dźwiękowych, z których niewiele rozumieją, a jeszcze mniej pamiętają. W międzyczasie dorośli muszą słuchać tego samego potoku infantylnych słów, a starsze dzieci i młodzież nabierają przekonania, że Msza jest tylko dla dzieci.


Drugi aspekt problemu stanowi pogląd, że dzieci lepiej czują się w swobodnych sytuacjach, gdzie jest miejsce na spontaniczność, niż w takich, które wymagają przestrzegania określonych reguł. Bez względu na to skąd wziął się ten pomysł kilka minut wystarczy, aby go obalić. Dzieci kształtują się przede wszystkim poprzez nawyki: w nauce chodzi przede wszystkim o powtórki. Połączcie te dwie niekontrowersyjne refleksje, a zobaczycie na czym polega wartość niezmiennej liturgii pełnej ceremonii w której brakuje spontaniczności. Zrozumienie tej sprawy naprawdę nie powinno być trudne. Czy dzieci zrozumieją taką liturgię? Uważam, że będą mieć większą szansę na zrozumienie takiej Mszy, niż gdyby mieli zrozumieć liturgię, która zmienia się co niedzielę. Mówiąc o Mszy „trydenckiej” mamy pod ręką wiele dostępnych pomocy, które możemy wykorzystać omawiając z dziećmi tę liturgię krok po kroku. Byłoby to niemożliwe w przypadku Novus Ordo z powodu wielkiej dowolności w odprawianiu liturgii.

To prowadzi nas do trzeciego problemu, czyli do uczestnictwa, którego wymaga się od wiernych uczęszczających na Mszę w zwyczajnej formie rytu rzymskiego. W starej Mszy mogą być, lub nie, śpiewy oraz dialog z wiernymi, którzy na przemian wstają i siadają. Jednakże, w przeciwieństwie do ceremoniału jaki ma miejsce w prezbiterium, takich czynności jest niewiele i wierni mogą je wykonywać, ale nie mają takiego obowiązku. To, co dzieje się w nawie, jest w rzeczywistości dość swobodne. Istnieją lokalne zwyczaje, ale nie trzeba ich przestrzegać. Nieuklęknięcie na konsekrację zadziwiłoby większość ludzi i mogłoby irytować tych, którzy klęczeliby z tyłu, gdyż nie widzieliby ołtarza, ale nikt nie robiłby wyrzutów, jeśli ktoś nie odśpiewałby „et cum spiritu tuo” w danym momencie. Natomiast w Nowej Mszy, jak tylko wejdziesz do kościoła, otrzymujesz listę instrukcji dotyczących postawy i słownych odpowiedzi (te ostatnie są często dość długie i skomplikowane) i, jeśli nie będziesz potrafił się do nich zastosować, możesz zostać zbesztany. Znałem kilku bezpośrednich księży, którzy zapobiegawczo musztrowali wiernych, wypowiadając komendy typu „uklęknąć”, czy „wstać” w chwilach ciszy podczas Mszy.


 Ziarno prawdy zawarte w poglądzie, że dzieci odstrasza ceremoniał i sztywne reguły prawdopodobnie bierze się z obserwacji: kiedy dzieci nie wiedzą co powinny robić jest to dla nich czymś zawstydzającym, tak jak dla każdego człowieka. Dlatego też mogą czuć się niekomfortowo w sytuacjach wymagających powagi, ponieważ, nie mając doświadczenia, boją się popełnić błąd. Jednak okazuje się, że nie jest to argument przeciwko Mszy „trydenckiej”. Ten problem raczej dotyczy zwyczajnej formy rytu rzymskiego, gdyż właśnie podczas Novus Ordo od każdego wiernego oczekuje się, że powie i zrobi to co trzeba we właściwym czasie. To właśnie podczas NOMu można się zawstydzić (co mi się zdarzyło), wypowiadając złą odpowiedź lub też nie znając na pamięć długiej odpowiedzi „suscipiat”, bez względu na to czy była ona po łacinie, na łacińskim Novus Ordo, czy po angielsku.


Pozostawiam czytelników z tą myślą. Jaki geniusz wymyślił, że wierny zrozumie lepiej konsekrację, że głębiej przejmie ona jego duszę, że dotknie bardziej serca wiernego i pomoże mu bardziej się zmienić, jeśli usunie się przyklęknięcia księdza przed podniesieniem każdej Postaci? Celem takiej zmiany było prawdopodobnie uczynienie tej ceremonii mniej formalną, przypominającą troszkę bardziej „codzienne życie”. Jednak to głupota! Konsekracja pozostała niezwykle uroczystą ceremonią, nawet w najskromniejszej Mszy w formie zwyczajnej. To co udało się zrobić reformatorom to pozbawienie tego wydarzenia części swojego dramatyzmu, części widocznej symboliki, czegoś co jest wypowiadane w uniwersalnym języku, języku instynktownie rozumianym przez dzieci. A oto zmiany jakie wprowadzili w całej Mszy Świętej: zniesienie widzialnego, stopniowego wchodzenia po stopniach ołtarza, odczytywanie Ewangelii stojąc zwróconym na północ, przyklęknięcie na wspomnienie wcielenia w Credo, dzwonek przed konsekracją i na komunię kapłana, przyjmowanie komunii na język i przyklęknięcie podczas Ostatniej Ewangelii. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że bez względu na to jakie argumenty można wysunąć na poparcie tych zmian, nie były one pomocne w zaangażowanie dzieci w liturgię.

Joseph Shaw
Tłumaczenie: Marek Kormański
Zdjęcie pochodzi ze strony: http://familiabeata.pl/