środa, 7 maja 2014

Tradycyjny katolik? Czy wszyscy katolicy nie są przecież tradycyjni?


Kontynuując nasza serię o tożsamości tradycyjnego katolika publikujemy tłumaczenie tekstu Petera Kwasniewskiego. Tekst został oryginalnie opublikowany na portalu Rorate Caeli. 

Czasami twierdzi się, iż katolicyzm tradycyjny łączy się z postawą pychy – i że nie jest możliwe wyznawanie tradycjonalizmu nie będąc tym samym osobą o faryzejskim obliczu. Niektórzy nawet wykazują, że "tradycyjny" w określeniu „tradycyjny katolicyzm” jest przymiotnikiem redundantnym: czyż wszyscy katolicy nie uznają tradycji katolicyzmu? I czyż każdy rzymski katolik nie ma prawa nazywać się tak samo „tradycyjnym” jak jest „rzymskim”?


Jak wspaniale byłoby, gdyby taka była prawda, ale daleko nam do takiego stanu rzeczy.

Zacznijmy od psychologii sprawy. Istnieje niebezpieczeństwo pychy i faryzejstwa w każdym możliwym i prawdziwym opisie siebie: chrześcijanin, katolik, rzymski katolik, tradycjonalista. Powiedzieć „jestem chrześcijaninem” jest rzeczywistą pochwałą dla św. Pawła i dla każdego męczennika, który umarł za Jezusa Chrystusa, jak również dla bogobojnych ofiar islamskiego ekstremizmu w Syrii i gdzie indziej. Czy mamy przez to powiedzieć, że jeśli ktoś za bardzo przechwala się mianem chrześcijanina i uważa za lepszego, niż jego niewierzący sąsiad, to powinno się zlikwidować wszelkie tytuły? Można by na tej samej zasadzie unikać chrztu, który, bez żadnej naszej zasługi, istotnie czyni nas lepszymi, niż byliśmy przed nim, i o wiele lepszymi niż jakakolwiek osoba niewierząca.

Odpierając zarzut przesadzonych określeń: „katolicki chrześcijanin” może się wydać potrójnym powtórzeniem tego samego terminu, a przecież jest to określenie przydatne, ponieważ istnieją protestanci i chrześcijanie prawosławni.

Określenie “tradycyjny katolik” nie jest więc powtórzeniem dwóch równoznacznych terminów, gdyż istnieje tak wielu katolików którzy są, świadomie czy nie, modernistami w swoim myśleniu i w praktyce. W świecie doskonałym chrześcijanin powinien być katolikiem, tak jak katolik powinien być tradycyjny; ale skoro nawet nie każdy chrześcijanin jest katolikiem, nie każdy katolik jest też tradycyjny, w pełnym tego słowa znaczeniu.

Idąc dalej tym tropem, oszukiwalibyśmy się gdybyśmy nie przyznali, że dziś możliwe jest – w sposób zaskakujący i zapewne pozbawiony precedensu—by katolicy nie byli tradycyjni, nie myśleli i nie żyli w zgodzie ze swoją 2000 – letnią tradycją, na którą składa się asceza, praktyka liturgiczna, przyjęcie prawowiernej doktryny. Po raz pierwszy od wieków obserwujemy szeroko rozpowszechnioną interpretację katolicyzmu, który jest anty-tradycyjny, który uważa się za wolnego od tradycji, upoważnionego do przekształcania się zgodnie z nie kończącymi się „potrzebami współczesnymi”. Apropos koceptu aggiornamento, Karl Barth podobno zadał Kościołowi katolickiemu to niewygodne pytanie w 1966 roku: “Kiedy będziecie wiedzieli, że Kościół jest wystarczająco uwspółcześniony?” To jest pięta achillesowa każdej krytyki w stylu Weigel’a wymierzonej w tradycyjny katolicyzm: tak jak Bugnini w swojej reformie liturgicznej, Weigel musi wskazać i wybrać to, co jest warte zachowania i co powinno zostać pominięte w jego ewangelickim wyobrażeniu Kościoła, tak, jakbyśmy stali poza tradycją, historią, papieskim nauczaniem, stojąc ponad nimi, zamiast poddać się im w celu formacji, sprawdzenia i osądzenia przez nie właśnie.

Jeśli jest niebezpieczeństwo pychy w każdym stanie życia, jest go nie mniej z powodu bezstronności, nieprzynależności do żadnej ideologii, wolności od błędu osądzania innych, czy bardzo wyważonego pojmowania rzeczywistości. Można być faryzeuszem bezstronności, ideologiem dialogu, dogmatykiem w swoim odrzucaniu dogmatyzowania. Można wszystko upraszczać postrzegając wszystkich, którzy przyjmują silną pozycję, jako prostaków.

Jedynym, kto może uniknąć pychy, osądzania, ideologizacji jest ten, kto całkowicie poddaje swój umysł obiektywnemu zewnętrznemu standardowi, kto poddaje swe serce innemu, temu, kogo kocha bez granic. Tradycyjny katolik jest tym, który mówi: Istnieje taki standard, a jest nim Boskie Objawienie, przekazane nam w Piśmie Świętym i Tradycji i zachowane w wiecznym Magisterium. To on mówi: Istnieje taki umiłowany Pan nasz Jezus Chrystus, któremu zupełnie wszystko – wszystkie ludzkie czyny i cierpienia, wszystkie sztuki i nauki, wszelkie kultury i rządy, miasta i narody — muszą wyraźnie i dobrowolnie podlegać, jeśli chcą osiągnąć cel, jaki wyznaczył im Bóg. A jeśli nie są w ten sposób skierowane, podlegają z czasem zepsuciu, słabości, anarchii i samozagładzie. Tradycjonalista może pokornie stać na takiej pozycji ponieważ są prawdziwe, a to prawda uwalnia nas od wszelkiego grzechu, również od grzechu pychy.

Tradycjonalista pragnie z pokorą przyjąć to, co daje nam Pan, pragnie otworzyć szeroko swe serce na Jego błogosławione dziedzictwo, które jest zawsze większe niż to, co ograniczony ludzki umysł może pojąć, a jeszcze mniej – poprawić. Pycha Katolików modernistycznych polega na uważanie się za ważniejszych niż katolickie dziedzictwo – na pozycji, można tak to powiedzieć „zajętego sobą prometejskiego neopelagianina” wobec tego, co było pobożnie przekazywane, stulecie po stuleciu. Osąd modernistycznego katolika można poznać po jego eliminującej postawie wobec tradycji i tradycjonalisty, który je kocha, a którego odmawia postrzegać jako miłującego całą szerokość i głębokość Chrystusa i Jego Kościoła, a którego z łatwością karykaturuje jako człowieka o ograniczonym umyśle, sztywnego, pozbawionego radości Pelagianina itd.

Przypominają mi się uwagi kardynała Siri na ten właśnie temat, które zostały opublikowane w Rivista Diocesana Genovese w styczniu 1975 (dzięki grzeczności Rorate):

Jest nadmiar sloganów, ale nie naucza się katechizmu; nieustannie mówi się o “pastoralności” gdy święte obrzędy są stopniowo porzucane: mówi się o Słowie Bożym—ale naucza się go tak, jakby to była bajka. Istnieją rozprawy na temat bliskości Boga, a w tym samym czasie wyśmiewa się i ośmiesza Najświętszą Eucharystię. Przynajmniej w praktyce. I to właśnie ma być postęp!

Możnaby pomyśleć iż w ostatnich latach katolicy wreszcie odchodzą od cieni lat siedemdziesiątych, pozostawiając za sobą ich pompę i „dzieła”. Niestety, w dzisiejszym Kościele obserwujemy odnowiony wysiłek ze strony niektórych, którzy dążą do propagowania ten sam stary posoborowy „postęp” nad którym tak lamentował Kardynał Siri. Dano nam za „wzór pastoralny” modus operandi biorący się z sekularyzacyjnego zamieszania lat po Soborze  — modus operandi który wówczas bardzo zawiódł i zawiedzie, przez Bożą sprawiedliwość, na nowo, będąc anty tradycyjnym w swej treści, metodach i celach.

W istocie spadło na nas coś gorszego: powrót do otwartego oczerniania, marginalizowanie, prześladowanie tradycjonalistów. To tak, jakby w erze ogłoszenia emancypacji, powstał nowy reżim, wprowadzający na nowo niewolnictwo, albo, w najlepszym przypadku, ustanawiający ścisłą segregację i obywatelstwo drugiej klasy. W pełnych realizmu słowach Don Ariela Leviego di Gualdo:

Mieliśmy Sobór Watykański II ale w praktyce, w następnych latach, powróciliśmy do okresu poprzedzającego Sobór Trydencki, z jego zepsuciem i alarmującymi wewnętrznymi walkami o władzę. Po licznych przemówieniach ad nauseam [do znudzenia] o dialogu, kolegialności – już od ponad pół wieku — powstały nowe formy klerykalizmu i autoratywności. Progresywni mistrzowie dialogu i kolegialności używają agresji i przymusu wobec wszystkich, którzy ośmielą się myśleć inaczej niż „religijna poprawność” wymaga. (Don Ariel, cytowane w Rorate)

Wracając do naszego punktu wyjścia: w normalnych okolicznościach „katolik” powinno być jednoznaczne z „tradycyjny”. Dziś jednak zdecydowanie tak nie jest; w istocie, wraz z infiltracją modernizmu aż na najwyższe szczeble kościelne, nie może tak być dla niektórych osób. A przecież skoro być katolikiem to znaczy —  i zawsze musi oznaczać — przylgnąć do Tradycji przekazanej nam przez świętych i czcić i zachowywać zwyczaje katolickie, wynika z tego iż wyraźne czy pośrednie przylgnięcie do Tradycji jest naprawdę niezbędne do zbawienia natomiast nienawiść i pogarda wobec Tradycji jest znakiem chęci oddalenia się od Chrystusowego Kościoła, co skutkuje niebezpieczeństwem dla duszy. Jest więcej w tej sprawie niż osobiste preferencje czy skłonności: chodzi tu o zbawienie dusz. Radość Ewangelii łączy się z poznaniem prawdy, wyznawaniem jej w porę i nie w porę, i przylgnięciem do niej z determinacją pełną miłości. Oby Bóg zachował nas od fałszywych radości tego świata i wszystkich tych nowych „Ewangelii”, które wołają o przyjęcie ich. 


Tłumaczenie: Agnieszka Maliszewska