czwartek, 23 stycznia 2014

Liturgia tradycyjna odnowiona

Czy współczesna Msza tzw. trydencka jest Mszą zreformowaną zgodnie z życzeniami ojców soborowych? Czy paradoksalnie posoborowa rewolucja liturgiczna osiągnęła prawdziwe cele ruchu liturgicznego dopiero w dzisiejszej formie nadzwyczajnej Mszy świętej?

Polecamy bardzo ciekawy tekst kol. Witolda Dziedzica opublikowany w 2008 roku na portalu Nowy Ruch Liturgiczny. 

Zdarza się dzisiaj, gdy rozmawiamy ze starszymi ludźmi, którzy przychodzą na Msze św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, że „wtedy” ta zwyczajna Msza św. wyglądała jakby trochę inaczej. Niby jest to samo, a jednak coś się zmieniło. Spróbujmy przyjrzeć się, skąd wynika to swego rodzaju rozczarowanie?


Troska o to jak powinien wyglądać najbardziej prawidłowy sposób uczestnictwa wiernych w Mszy św. był jednym z najważniejszych wyzwań ruchu liturgicznego przełomu XIX i XX wieku. Dylemat, jak ożywić udział ludu w akcji liturgicznej trwał niemalże do dnia, w którym weszła w życie reforma liturgiczna. Rozważano wówczas kwestie, które współcześnie są dla nas zupełnie zadziwiające. Jeszcze w 1960 r. ks. dr Władysław Śpikowski w książce „Liturgia Mszy Świętej. O doskonałym uczestnictwie we Mszy św.” (Wydawnictwo Św. Wojciecha, 1960) pisał: „Praktycznie biorąc, lud niechaj przede wszystkim odpowiada na wszystkie wezwania kapłana. Gdy więc kapłan wszystkich pozdrawia słowy „Dominus vobiscum – Pan z wami”, niech wtedy nie sam ministrant, nie sam organista, nie sam chór, lecz cały lud śpiewem odpowie: „Et cum spiritu tuo – I Pan z tobą”. Widzimy zatem, że konieczność zamieszczenia takiego pouczenia w książce, mającej być praktycznym przewodnikiem uczestnictwa w liturgii, była z pewnością poparta realnymi problemami, z którymi stykano się w tamtych czasach. Daje nam to do zrozumienia, na jakim poziomie stał elementarny udział wiernych w Mszy św. w tamtych czasach.
Z różnych źródeł popartych opowiadaniami świadków dowiadujemy się, że nie było wyjątkiem, gdy w czasie Mszy św. wierni już nie tylko po cichu, ale całkiem głośno recytowali różaniec, śpiewali godzinki, czy nucili pieśni zupełnie niezwiązane z przebiegiem liturgii. Nie należało bowiem do rzadkości śpiewanie przez lud pieśni polskich w momencie gdy kapłan odmawiał Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus i Agnus Dei. Ks. Śpikowski skarży się nawet: „Mówiąc o śpiewie w czasie Mszy św. nie możemy nie napiętnować jako niezgodne z duchem liturgicznym śpiewania pieśni nie mających związku ze Mszą św., chociażby skądinąd były jakoś sercu naszemu bliższe, droższe i milsze, jak np. „Kiedy ranne” w czasie Credo, albo Godzinki”. Wprowadzenie zasady śpiewania pieśni zgodnych z aktualnym etapem liturgii stało się nawet do pewnego stopnia zalecanym wzorem. O śpiewie przez lud pieśni w języku łacińskim można było zaś mówić jako o prawdziwym ideał. Oczywiście śpiew ten był w kościołach obecny. Słychać go było zwłaszcza w parafiach miejskich, gdzie pracowały zakony np. dominikanie, w kościołach akademickich, u benedyktynów w Tyńcu, gdzie – także w mniejszych miejscowościach – trafił się wrażliwy na liturgię duszpasterz. O wiele więcej pracy niż dzisiaj miały chóry parafialne, które podnosiły poziom liturgii wykonując dobrze przygotowane śpiewy łacińskie.
Dzisiaj tak różnorodne i nie sprecyzowane odgórnie zachowanie wiernych w czasie Mszy św. musi budzić nasze zdziwienie, ale powinniśmy uświadomić sobie, jakie realia panowały w polskich kościołach jeszcze początkiem XX wieku. W jednym z numerów Mysterium Christi z 1930 r. zamieszczony został list pewnego, wiejskiego kapłana, w którym pisał on m.in.: „ Kościoły nasze są ciemne przeważnie, bractwo przychodzi rozochocone. Cóż ma robić lud, gdy ksiądz z organistą przekrzykują się na przemian po łacinie. Każemy mu się modlić. Łatwo to powiedzieć. Za długi czas trwania tych śpiewów: przeczyta całą książkę (jeżeli widno w kościele, a wierny ma więcej ducha Bożego). Młodzież zaś bije się i szopy stroi.”
Ruch liturgiczny starał się włożyć w ręce wiernych mszalik z tłumaczeniem tekstów Mszy św. Oprócz wskazanych wyżej niedogodności związanych z niedoborem światła w kościołach, trudności w korzystaniu z niego polegały z reguły na niskim poziomie wykształcenia lub oczytania szerokich warstw wiernych. W większości wypadków posługiwano się zwykłymi książeczkami do nabożeństwa, w których brak było dwujęzycznego tekstu łacińsko-polskiego. Książeczki te zawierały za to dość uproszczony opis przebiegu Mszy św. lub wyłącznie alegoryczne opisy odnoszące się do symboliki czynności podejmowanych przez kapłana, które miały ułatwiać wiernym pobożne rozmyślanie.
Jednym z pomysłów przybliżenia wiernym przebiegu i modlitw Mszy św. były tzw. Msze recytowane. Polegały one na tym, że kapłan odprawiał Mszę św., zaś wśród wiernych wybierało się tzw. przewodniczącego, który czytał równocześnie z odpowiednimi czynnościami kapłana przy ołtarzu stosowne modlitwy i komentarze odnoszące się do wszystkich czynności celebransa. Lud odpowiadał wówczas głośno przewodniczącemu uprzednio przygotowany tekst. Z reguły było to recytowanie dość dowolnie przetłumaczonego na język narodowy tekstu Mszy św. Stanowiło to jednak swego rodzaju zaspokojenie potrzeby aktywnego uczestnictwa szczególnie wrażliwych wiernych, w konkretnych wspólnotach i nie przyjęło się w szerzej w całym Kościele w Polsce.
Ks. Wacław Schenk w broszurze "Udział ludu w Ofierze Mszy św." (Lublin 1960) pisze: „Mszał rzymski, tłumaczony na języki narodowe, znajdywał coraz szersze zastosowanie. Z początku posiadacze mszału modlili się z niego indywidualnie. Nie trwało to jednak długo i powstała wspólna recytacja tekstów mszalnych (missa dialogata, msza recytowana), w czasie przez kapłana czytanej Mszy św. Nieznajomość hierarchicznej struktury Mszy św. doprowadziła jednak z czasem do niesłusznego i na dalszą metę nużącego odmawiania wszystkich modlitw przez wszystkich uczestników. Dopiero, gdy sobie uświadomiono, że właściwą formą Mszy św. jest suma, w której występuje kapłan, lektor, chór śpiewaków i lud, poznano, że należy zachować podział na różne czynniki biorące udział w liturgii i każdemu z nich przeznaczyć tylko jemy przypadające teksty. Poza tym, zwłaszcza w duszpasterstwie parafialnym uwzględniającym zróżnicowanie obecnych na Mszy, wprowadzono tzw. Mszę recytowano-śpiewaną, w której łączono wspólne modlitwy z wspólnym śpiewem pieśni dobranych do poszczególnych części Mszy św.”
Msza recytowano-śpiewana była jednym z głównych elementów promowania liturgii przez polski ruch liturgiczny. Bardzo aktywnie w jej upowszechnianie włączyła się redakcja najbardziej poczytnego polskiego pisma liturgicznego Mysterium Christi (1929-1939), wydając zeszyty tzw. „Służby Bożej”.
W jednym z numerów tego pisma jest pełen zachwytu opis Mszy św. sporządzony przez pewnego kapłana. Msza była odprawiona w roku 1931 w liczącej ok. 1900 mieszkańców miejscowości Rybarzowice. Ksiądz ów opisuje jak do miejscowego kościoła gromadnie napływają ludzie, z których prawie każdy ma w ręku książeczkę do nabożeństwa lub śpiewnik ks. Siedleckiego oraz „Służbę Bożą”. Pisze on:

„Wychodzi ksiądz ze Mszą św., śpiewaną o godz. 8mej. Sądziłem, że nie będzie wspólnej recytacji modlitw mszalnych, bo organista przy grze organowej zaczął pieśń, którą wszyscy na kościele chwycili i jednym głosem ciągnęli dalej poważnie i donośnie. Lecz po jednej zwrotne ucichły nagle organy i śpiew. Organista zaczyna głośno: W imię Ojca i Syna... Wnijdę do ołtarza Bożego... Spowiadam się Bogu... a wszyscy jednogłośnie, równo, umiarowo, dalej mówią. Spowiedź powszechna według mszału po polsku, prawie wszyscy umieją na pamięć. Introit – jakby przedtem próby czytania robili – znów cały kościół umiarowo odrecytował. Celebrans jeszcze nie skończył drugiego powtórzenia introitu. Jeszcze był czas do Kyrie. Celebrans idzie do środka ołtarza – cisza na kościele – zaczyna, jak zwykle odmawiać Kyrie; zdziwił się, gdy mu cały kościół wraz z ministrantami, odpowiedział chóralnie Kyrie elejson i tak naprzemian Chryste względnie Kyrie.
Po intonacji przez celebransa Gloria in excelsis ciągnęli dalej po polsku, recytując cały hymn anielski, który tak ścisłą i dogmatyczną odznacza się treścią. – Może to contra rubricas, ale taką drogą dochodzi się do uprzystępnienia ludowi tekstów mszalnych. – Na Dominus vobiscum – wszyscy unisono Et cum spiritu tuo zaśpiewali. Kolektę, lekcję i ewangelię każdy sobie po cichu odczytywał podczas gdy kapłan śpiewał je ze mszału po łacinie. Po skończonej lekcji przez celebransa, organista zaczyna recytację graduału i Alleluja. Perykopę ewangeliczną odczytał głośno i uroczyście jeszcze raz sam celebrans po odśpiewaniu łacińskiego tekstu ze mszału. Osobliwy nastrój i skupienie towarzyszyły słowom świętym, gdy je od ołtarza w mowie ojczystej słyszano.
Credo znowu jak Goria. Poważnie i ze skupieniem wypowiadano słowa symbolu nicejsko-konstantynopolitańskiego, a zdania pojedyncze oddzielano od siebie, jakby myśl głęboka przykuwała uwagę modlącego się zebrania. Na Dominus vobiscum znowu śpiewana odpowiedź, a po Oremus recytacja wiersza psalmowego na Ofertorium. Modlitwy przy ofiarowaniu hostii i wina z pamięci odmawiano, bo przy coniedzielnym recytowaniu starsi i młodzież dobrze je zapamiętali. To samo przy Lavabo. Tu, dopiero dalszy ciąg śpiewu: druga zwrotka pieśni zaczętej na początku Mszy św., aż do prefacji. Odpowiedzi przed prefacją wszyscy razem śpiewali. Sanctus po polsku i parę skróconych modlitw z Kanonu odmówiono znów wspólnie, przed Podniesieniem zaśpiewano pieśń eucharystyczną, co też było po Podniesieniu. Ale zanim zaczął celebrans śpiew Pater noster odrecytowano dwie modlitwy, by przed Pater noster zaśpiewać odpowiedź Amen a na końcu Sed libera nos i po Pax Domini, Et cum spiritu tuo. Odmawiano chóralnie wszystkie modlitwy przed Komunią św., do której przystąpiło 600 osób, podczas tej właśnie Mszy św. aż drugi kapłan musiał pomagać w rozdawaniu Komunii św. Tak zrozumieli Rybarzowianie czynny udział we Mszy św. Sam organista zszedł z chóru, by przyjąć Komunię św. nic to nie przeszkadzało w śpiewaniu lub grze organowej. Wszyscy komunikowali tylko w czasie Mszy św., a nie przed lub po niej.
Zanim kapłan nakrył kielich i odmówił cicho Communio, tymczasem odśpiewano jedną zwrotkę pieśni, a potem na wezwanie celebransa śpiewano odpowiedź.
Skończyła się Msza św. śpiewana, która wraz z 20-to minutowym rozdawaniem Komunii i czytaniem perykopy ewangelicznej, trwała godzinę tylko.”

Widzimy zatem, że uczestnictwo wiernych w Mszy św. do czasu zastąpienia liturgii tradycyjnej liturgią zreformowaną, kształtowało się rozmaicie. Wraz z wprowadzeniem Mszy św. wyłącznie w języku narodowym wszystkie te problemy automatycznie stały się bezprzedmiotowe. Aspekt czynnego uczestnictwa wiernych został niejako przesunięty, z obszaru pobocznego w samej liturgii jako takiej, na jej pierwszy plan. Bez udziału ludu, odgrywającego aktywnie swoją rolę w odnowionej liturgii, staje się ona w zasadzie niepełna.
Dominacja w kościołach zreformowanej liturgii musiała w naturalny sposób wpłynąć na ukształtowanie postaw i oczekiwań wiernych. Gdy więc po latach tradycyjna Msza św. z powrotem zaczęła gościć w kościołach, uczestniczące w niej osoby niosły na sobie – świadomie lub nieświadomie, czy tego chciały czy nie – piętno liturgii narodowej. W tym znaczeniu możemy powiedzieć, że w tradycyjnej liturgii dokonała się jakaś naturalna zmiana, nastąpił pewien rozwój wraz z wniesieniem do niej doświadczeń przez nowe pokolenie wiernych. Można zaryzykować nawet stwierdzenie, że w tym sensie liturgia odnowiona przyczyniła się do wzbogacenia liturgii tradycyjnej. Po pierwsze, wierni, którzy zostali wychowani tylko na nowej Mszy, doskonale znają tłumaczenie tych samych części stałych Mszy św. tradycyjnej. Dotyczy to zwłaszcza Gloria, Credo, Sanctus, Agnus Dei. Po drugie, w naturalny sposób czują oni potrzebę śpiewania tych części w języku łacińskim, gdyż śpiewali je w języku narodowym. Po trzecie, zainteresowanie tradycyjną Mszą św. wymusza zainteresowanie liturgią jako taką, prowadzi do pogłębienia wiedzy, szukania i analizowania różnic i podobieństw. Po czwarte wreszcie, zmusza do dokonywania tłumaczeń łacińskich słów, gdyż zreformowana liturgia rozbudziła w większości osób potrzebę poznania ich znaczenia w języku narodowym.
Znikomej ilości osób przyszłoby dzisiaj do głowy odmawianie w czasie Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego różańca, a już zupełnie nikomu recytowanie głośno innych modlitw przez wszystkich zgromadzonych. Uczestnicy tradycyjnej liturgii odczuwają za to bardzo wyraźną potrzebę aktywnego uczestnictwa, wyrażającego się m.in. w wypowiadaniu na głos po łacinie wszystkich modlitw, zgodnie z przepisami liturgicznymi. Dało się to odczuć zwłaszcza w związku z jednoznacznym wyjaśnieniem przez Komisję Ecclesia Dei, że nie należy stosować „trzeciego Confiteoru”. Wiele osób z żalem przyjęło tę informację, gdyż wyeliminowano jedną z modlitw, którą chętnie i powszechnie recytowano. Ciężko jest zatem dzisiaj znaleźć taką Mszę św. „trydencką”, która w naturalny sposób nie dosięgałaby tego ideału, o którym marzyli przedsoborowi liturgiści. Cały kościół bowiem zwyczajnie bierze udział w śpiewie gregoriańskim stałych części łacińskich takich jak Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus, Agnis Dei, i świadomie odpowiada kapłanowi na całe gardło.
W znaczeniu opisanym wyżej nie ulega wątpliwości, że osoby, które inicjują dzisiaj powrót Mszy św. tradycyjnej zawdzięczają szereg dobrych nawyków długiemu udziałowi w zreformowanej Mszy św. Przyzwyczajenia te w realny sposób oddziałują na jakość, odradzającej się, tradycyjnej liturgii. Dodatkowo fakt ten wzmacnia okoliczność, że liturgia tradycyjna wraca do kościołów głównie dzięki ludziom świeckim, którzy o nią proszą. Summorum Pontificum Benedykta XVI zezwala każdemu kapłanowi na używanie Mszału św. Piusa V, gdy odprawia Mszę bez ludu, zaś z ludem w zasadzie tylko, gdy wierni zwrócą się z tym do niego. W przyznaniu takiej roli świeckim wyraża się zadziwiająca zbieżność apeli przedstawicieli ruchu liturgicznego o większe zaangażowanie wiernych w życie liturgiczne Kościoła oraz otwarcie się na nich Kościoła na Soborze Watykańskim II. Po pewnej burzy, wywołanej posoborowym zamieszaniem, liturgia tradycyjna ma szansę z powrotem zadomowić się w kościołach oczyszczona i odnowiona, stanowiąca jasno i wyraźnie – jak nigdy dotąd – prawdziwy skarb całego Kościoła.

 Witold Dziedzic 
Nowy Ruch Liturgiczny 5.11.2008
zdjęcie: Monika Karczewska